piątek, 27 grudnia 2013

Pieniny i jeszcze wyżej

Po świątecznym obżarstwie nadszedł czas na spalenie wszystkich zbędnych kalorii. W sobotę, 27 grudnia, wraz z dwójką znajomych, wyruszyliśmy samochodem na południe Polski. Naszym celem było Krościenko nad Dunajcem - niewielka miejscowość leżąca w Pieninach. Po ok. dziewięciu godzinach spokojnej jazdy byliśmy na miejscu.

Pieniny to raczej górki, a nie góry i właśnie dzięki temu są tak urokliwe. Najwyższy szczyt to Wysoka - 1050 m.n.p.m.
Idealnym sposobem na spędzanie wolnego czasu w Pieniach są piesze wycieczki. Zwłaszcza wiosną, latem i jesienią. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że my mieliśmy temperatury iście wiosenne postanowiliśmy trochę się powspinać. Dodam, że szlaki turystyczne nie są zbyt wymagające i każdy sobie na nich poradzi.
Zdobyliśmy Trzy Korony i Wysoką, podziwialiśmy widoki z Sokolicy, delektowaliśmy się każdą minutą spędzoną w Pieninach.

Z Krościenka do Słowacji jest przysłowiowy rzut beretem w związku z czym i na Słowację dotarliśmy. Odwiedziliśmy kompleks klasztorny z XIV w. Czerwony Klasztor. Podczas wizyty spacerowaliśmy po niewielkich krużgankach i podziwialiśmy wnętrza malutkiego kościoła. Wstęp 3 euro. Również po stronie słowackiej, jakieś 50 km od Krościenka, znajduje się Bielska Jaskinia opisywana w przewodnikach jako jedna z najpiękniejszych jaskiń Tatr słowackich. Taki oto opis skusił nas na wycieczkę do jaskini. Rzeczywiście jaskinia niczego sobie. Momentami stalaktyty i stalagmity  miały tak cudowne formy, że ze zdumienia przecierałam oczy. Jednak w porównaniu do tego co zobaczyłam w Jaskini Demanowskiej, Jaskinia Bielska wypadła przeciętnie. No może trochę więcej niż przeciętnie. Zwiedzanie jaskini odbywało się oczywiście z przewodnikiem. Trwało ok. 70 minut.

Wypada również wspomnieć o wizycie w słynnym Zamku w Niedzicy, który został wniesiony w XIV w. Zwiedzanie zamku trwa jakieś 40 minut. Żadnych duchów nie spotkałam choć podobno często snują się w obrębie zamku.

Korzystając z okazji postanowiliśmy także udać się do Kuźnic k. Zakopanego i stąd żółtym szlakiem na Halę Gąsienicową, a potem na Kasprowy Wierch. Niestety warunki atmosferyczne pozwoliły tylko na rosół w Murowańcu. Za mocno wiało i wejście na Kasprowy raczej do przyjemnych by nie należało. Tak więc po pożywnej zupie, szlakiem niebieskim zeszliśmy z Hali do Kuźnic i wróciliśmy do Krościenka. No cóż, na szlakach było przyjemnie, na Zakopiance niestety mniej. Znaleźliśmy objazdy tak więc w sumie nie było aż tak źle. Myślę jednak, ze gdybyśmy spodziewali się w czwartek takich korków to byśmy raczej nie zdecydowali się na Halę Gąsienicową. Fenomen Zakopanego jest dla mnie nieodgadniony :) Zastanawia mnie ile trzeba mieć w sobie determinacji, żeby wiedząc, że Zakopianka będzie zakorkowana pchać się w upalne, lipcowe czy też sierpniowe dni do tego miasteczka. Hmmm... ja raczej swoich wakacyjnych dni nie zamierzam trwonić stojąc w korkach lub w kolejce na Giewont :)

Jak już wcześniej wspominałam, pogodę mieliśmy iście wiosenną, jednak mimo to udało się nam wyskoczyć na narty. Krościenko jest otoczone sporą ilością stoków narciarskich, każdy znajdzie tu coś dla siebie. My szusowaliśmy w Kluszkowcach.

Zapewniam, że w Pieninach dla każdego coś dobrego:).

PRAKTYCZNIE:

Zakwaterowanie:
  • Crosna SPA - pensjonat godny polecenia, przemili właściciele, dobre jedzenie, komfortowe pokoje.
Jedzenie:
  • Karczma u Walusia - dobre jedzonko w przystępnej cenie
  • Karczma Pienińska - tego miejsca nie polecam, jedzenie niezbyt smaczne - mi trafił się np. barszcz z proszku
  • U Zosi - zamówiłam tu pizzę, niestety była tak tłusta, że nie byłam w stanie jej zjeść, hmmm... Kuchenne Rewolucje na niewiele się zdały. Dobre były natomiast sałatki.
Atrakcje:

poniedziałek, 11 listopada 2013

Wino i langosze? O to ja poproszę!

Pomysł na krótki wypad do stolicy Węgier tak za mną chodził i chodził ponad rok zanim doszło do jego realizacji. Głównym problemem był brak tanich połączeń z Gdańska bezpośrednio do Budapesztu. Pozostało nam polować na niedrogie bilety z innych miast. Udało się! Kupiliśmy bilety... z Modlina - 114 zł/os. Pozostała kwestia dotarcia na podwarszawskie lotnisko. Po dłuuuugich kalkulacjach doszliśmy do wniosku, że pojedziemy samochodem. W Internecie znaleźliśmy niedrogi parking przy lotnisku i 28 września 2012 samolot linii Wiz air poszybował z nami do Węgier. W Budapeszcie wylądowaliśmy dosyć późno. Kupiliśmy bilet na miejski autobus 200E i udaliśmy się na stację Köbánya-Kispest. Dodam, że automaty na lotnisku nie przyjmują banknotów, a bilety zakupione u kierowcy są droższe :-( Warto więc wyruszając z Polski mieć ze sobą trochę bilonu (z wymianą na lotnisku jest ciężko). Przy Köbánya-Kispest jest centrum handlowe więc skorzystaliśmy z okazji i kopiliśmy bloczek 10 biletów jednorazowych... a potem metrem pojechaliśmy prosto do centrum.

Budapeszt
Budapeszt

Na booking.com zarezerwowaliśmy bardzo fajny hostel: Boomerang Hostel. Jego główną zaletą jest lokalizacja - mieści się tuż przy Bazylice św. Stefana. Tak więc zaraz po zostawieniu bagaży w hostelu ruszyliśmy na nocne zwiedzanie miasta. Budapeszt nocą jest zniewalający. Pięknie oświetlone mosty, kościoły... było się czym zachwycać.

sobota, 5 października 2013

Hola Barcelona

Do Barcelony z Gdańska nie jest trudno dotrzeć. Jeżeli chcemy się do niej dostać tanio sprawa wygląda już trochę gorzej. Za bilet w dwie strony musimy liczyć 300-400 zł, a w porze wakacyjnego szału nawet 800 zł. Zostaje polowanie na okazje cenowe. Bezpośrednio do stolicy Katalonii z Gdańska lata Wizzair, a do oddalonej od Barcelony o jakieś 95 km Girony Ryanair.

My wybraliśmy linie Wizzair - koszt ok. 260 zł/osoba. W ostatni czwartek lutego 2012 r. wylądowaliśmy na lotnisku El Prat. Na poznanie miasta mieliśmy zaplanowane zaledwie cztery dni. Z lotniska do centrum Barcelony dojechaliśmy Aerobusem. Pokój wynajęliśmy w dzielnicy Barceloneta. Jak się okazało miejsce, w którym mieliśmy nocować było prywatnym mieszkaniem. Mieszkała w nim trójka młodych Włochów, którzy najprawdopodobniej wynajęli to mieszkanie, żeby je udostępniać za opłatą turystom. Małe pokoiki zamykane na kłódeczkę, bardzo skromne śniadania (jeden naleśniczek i mała kawka) oraz dziwna atmosfera panująca w przybytku (czułam się tam jakoś tak nieswojo) sprawiły, że miejsce nie przypadło nam do gustu.

Barcelona to miasto, które żyje 365 dni i nocy non stop. Zatłoczona La Rambla czyli główny deptak, wszechobecny Gaudi, parki, pełne restauracje, a wieczorami młodsi i starsi ludzie bawiący się w klubach to właśnie Barcelona.

Barcelona - Casa Mila

Cztery dni, a właściwie trzy (bo wylądowaliśmy wieczorem) to zdecydowanie za mało na poznanie miasta, musieliśmy więc przewertować przewodniki i zdecydować do których miejsc się udamy.

niedziela, 29 września 2013

Prawie do domu... Z Czeskiego Krumlov'a do Ołomuńca

Ostatniego pełnego dnia w Republice Czeskiej, wstaliśmy wcześnie rano. Zapakowaliśmy wszystkie klamoty do auta i pożegnaliśmy się z Czeskim Krumlovem. Nasza trasa prowadziła do Telcza.

TELCZ

Telc

Telcz to niewielkie miasto, liczące niespełna 6 tys. mieszkańców. W 1992 r. jego zabytkowe centrum zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nie dziwię się ani trochę, że miasteczko zostało dostrzeżone i docenione, bo rzeczywiście jest piękne. Jak mówi legenda, założycielem miasta był Otton II, ojciec Ottona III, który to zapisał się w naszej historii jako uczestnik Zjazdu Gnieźnieńskiego. W XIV w. w Telczu zbudowano ogromny zamek. Niestety nie uświadczymy w nim wizyty. W XVI wieku miasto zostało częściowo strawione przez szalejący pożar. W drugiej połowie XVI w. jeden z właścicieli Telcza - Zachariasz z Hradca polecił sprowadzonym z Włoch architektom przebudować właśnie zamek oraz znaczną część miasta w modnym wówczas stylu włoskiego renesansu. Twierdzę otoczono malowniczym angielskim parkiem z klasyczną oranżerią. Większość starych gotyckich domów otrzymała liczne zdobienia a także zwieńczona została arkadami. Nowy wygląd miasta zachwyca  do dziś i stanowi obecnie cenny i unikalny przykład w pełni zachowanego średniowiecznego renesansowego miasta. W związku z licznymi rzędami kolorowych kamieniczek z podcieniowymi parterami oraz faktem, że Telcz usytuowany jest nad wodami często bywa nazywany Morawską Wenecją.

Spotkanie z Mozartem w Salzburgu

Mając bazę noclegową w Czeskim Krumlovie pokusiliśmy się również na jednodniowy wypad do Austrii, a konkretnie do Salzburga. Zakupiliśmy winietkę autostradową i po ok. 2,5 godzinach witaliśmy się z miastem Mozarta. Auto zaparkowaliśmy na jednej z uliczek blisko turystycznego centrum miasta - opłatę uiściliśmy w parkomacie. Salzburg przywitał nas rewelacyjną pogodą. Biorąc pod uwagę fakt, że mieliśmy tu obejrzeć jeden z najładniejszych ogrodów na świecie, ucieszyło nas to ogromnie.

Salzburg - Ogród Mirabell

Pierwszym punktem programu był wspomniany ogród Pałacu Mirabell. Jest cudowny. Idealnie przystrzyżona trawka, piękne kwiaty, tryskająca z fontann woda i ludzie dookoła uśmiechnięci i zrelaksowani. Z ogrodu rozpościera się wspaniały widok na górującą nad miastem twierdzę Hohensalzburg. Z kolei po przeciwnej stronie mieści się Pałac Mirabell, a obok niego fontanna z rzeźbą pegaza. Pegaz przypomina mi trochę osła ze znanego chyba wszystkim Shreka.

Czeski Krumlov i okolice

Do Czeskiego Krumlova zawitaliśmy późnym popołudniem. Zameldowaliśmy się w hostelu, który od października do czerwca pełni rolę akademika, a w okresie wakacyjnym służy turystom, po czym udaliśmy się do centrum (w sumie to nasz hostel też był w centrum, tylko że po drugiej stronie rzeki - w Krumlovie wszystko jest w centrum).

Czeski Krumlov jest typowym przykładem niewielkiego średniowiekowego miasteczka. Władze starają się, żeby klimat sprzed wieków był odczuwalny w każdym momencie. Trzeba przyznać, że wychodzi im to świetnie - na tyle że jest to chyba jedno z najładniejszych miast tej wielkości w Europie.

Czeski Krumlov - Panorama miasta
Czeski KrumlovCzeski Krumlov

Główną atrakcją turystyczną jest oczywiście drugi co do wielkości czeski zamek - dumnie wznoszący się nad miejscowością. Najstarsza jego część zbudowana została w XIII w. Jak to z zamkami często bywa, z zewnątrz budowla bardziej mnie zachwyciła niż jej wnętrza  Do środka jednak zdecydowanie należy wejść chociażby żeby poznać historię budowli. My tejże historii słuchaliśmy w języku czeskim. Dlaczego? Po pierwsze sporo czeskich słów Polacy rozumieją, resztę można sobie dopowiedzieć :-), a po drugie przewodnicy anglojęzyczni są drożsi. Dodam, że zamek otoczony jest przez założone w XVII w. ogrody. Bajkowe fontanny, piękne ukwiecone trawiaste dywany plus błękitne niebo sprawiało, ze czuliśmy się jak w raju.

sobota, 28 września 2013

Z Pragi do Czeskiego Krumlova

Kolejny punktem na naszej mapie był Czeski Krumlov, ale zanim dotarliśmy to tego urokliwego miasteczka zatrzymaliśmy się w paru naprawdę interesujących miejscowościach.

Kutná Hora

Pierwszą z nich była Kutná Hora. Miejsce to, turystyczny rozgłos zyskało dzięki Kaplicy Czaszek (grrrr...) oraz Kościołowi św. Barbary.

Kutná Hora - Kaplica Czaszek

Pierwszy z obiektów znajduje się na obrzeżach miasta (ok. 5 km od starego miasta). Kaplica Czaszek jest przerażającym miejscem, aż się ciśnie na usta "tylko dla ludzi o mocnych nerwach". Znajduje się ona w podziemiach kościoła cmentarnego pod wezwaniem Wszystkich Świętych, który pierwotnie należał do opactwa Cystersów. Znajdują się w niej kości ofiar epidemii dżumy, wojen husyckich oraz wojny trzydziestoletniej. Czaszki i kości zmarłych (40-70 tys.) posłużyły jako wystrój tejże kaplicy. Wszystko co się w niej mieści, tj. żyrandole, ołtarz, świeczniki, krzyże, stworzone zostało ze szczątek ludzkich. W kaplicy panuje półmrok. Tylko gdzieniegdzie palą się świeczki oświetlające wszechobecne kości. Atmosfera panująca w pomieszczeniu jest niepowtarzalna, ale jak mogłoby być inaczej... widok jest raczej niecodzienny.

czwartek, 12 września 2013

Praskie spacery

Z Gdańska do stolicy Czech wyruszyliśmy w środę po południu. Po kilku godzinach podróży samochodem byliśmy w Dreźnie. Po nocy spędzonej w tym klimatycznym mieście, wcześnie rano ruszyliśmy w dalszą podróż. Z Dreznem mieliśmy przyjemność "poznać się" rok wcześniej, w związku z czym tym razem odpuściliśmy sobie spacer drezdeńskimi ulicami. Naszym celem tego dnia była Praga, ale zanim do niej dotarliśmy zahaczyliśmy o kilka miejsc wartych zobaczenia.

Z samego rana szturmem wzięliśmy niewielkie niemieckie miasteczko Pirna. Po godzinie błądzenia po tym urokliwym miejscu podczas którego podziwiliśmy pięknie odrestaurowane kamieniczki, misternie poustawiane na wystawach czekoladki, laleczki czy butelki z winem udaliśmy się w dalszą podróż. Z każdym razem gdy goszczę u naszych zachodnich sąsiadów nie mogę się nadziwić jak to piękny kraj. Niestety przez wielu Polaków niedoceniony, a gwarantuję, że jest się czy zachwycać w Niemczech.

Pirna - Saska Szwajcaria
Pirna - Saska Szwajcaria

Bez wątpienia takim miejscem jest także most kamienny tzw. Bastei znajdujący się w Saskiej Szwajcarii. Zbudowany w XIX w pośród skał z rozpościerającą się z niego panoramą jest atrakcją niebywałą. W delektowaniu się widokiem przeszkadzają niestety wszędobylscy turyści przede wszystkim w niezliczonej ilości turyści skośnoocy. Polecam również znajdującej się nieopodal mostu średniowiecznej warowni skalnej Neurathen. Niewiele niestety z niej zostało i właściwie całość stanowi ścieżka z kratownicy między skałami, na których znajdują się opisy, co w danym miejscu się niegdyś znajdowało. Warto się do niej przejść ze względu na wspaniałe widoki oraz znajdującą się tam rekonstrukcję katapulty, a także wystawione oryginalne starodawne przedmioty użytku codziennego. Miejsce z pewnością godne polecenia.

piątek, 23 sierpnia 2013

Jak tanio wynająć auto za granicą

Pytanie niby proste, a jednak kiedy sami chcieliśmy wynająć auto w Portugalii, to nasuwało się nam milion pytań. Celem tego posta jest odpowiedź na większość z tych wątpliwości

Po pierwsze - gdzie?

W każdym kraju (przynajmniej europejskim) istnieje cała masa firm wypożyczających samochody. Najpopularniejszymi firmami działającymi w całej Europie są Budget, Europcar, Hertz, Avis i Sixt (kolejność nie przypadkowa - od zazwyczaj najtańszej do najdroższej). Są też firmy istniejące tylko w danym regionie, jak np. Goldcar w krajach południowo-zachodniej Europy. Oprócz tego jest pełno firm działających lokalnie. Przykładem niech będzie portugalski Interrent lub włoskie Firefly i Maggiore - można by tak wymieniać bez końca.

Przed dokonaniem rezerwacji auta w Portugalii czytaliśmy trochę opinii na temat każdej z wypożyczalni - okazało się, że wszystkie są złe i wszystkie oszukują. Stwierdziliśmy więc, że na opinie internautów w tym temacie nie ma co zwracać uwagi (chyba, że są wyjątkowo okropne). 

Rezerwacji można dokonywać na stronach internetowych poszczególnych firm, lecz w 90% przypadków wychodzi to bardzo drogo. Co ciekawe, zdecydowanie bardziej opłaca się rezerwować przez tzw. brokerów - różnica w cenie naprawdę potrafi zaskoczyć. Najpopularniejszymi portalami brokerskimi i jednocześnie najtańszymi są holidayautos.comautoeurope.pl oraz rentalcars.com. Po wklepaniu destynacji i okresu wynajmu otrzymujemy porównanie ofert wszystkich wypożyczalni działających w danym mieście. Polecam też skorzystanie z globalnych wyszukiwarek ofert porównujących ceny we wszystkich portalach. Taka wyszukiwarka jest dostępna m.in. na stronie kayak.pl.

Po drugie - kiedy?

Wszędzie piszą, że im wcześniej tym taniej, aczkolwiek już parę razy okazało się, że nbyło dokłądnie na odwrót. Na Portugalię rezerwacji dokonaliśmy kilka miesięcy przed wyjazdem poprzez portal autoeurope.pl. Do 48 godzin przed wynajmem rezerwację można anulować lub zmieniać bez utraty pieniędzy. Codziennie patrzyliśmy czy pojawiają się jakieś ciekawe oferty. Kilka razy zmienialiśmy rezerwację, jednak najciekawsza oferta pojawiła się na 4 dni przed wyjazdem. Podobnie było kiedy szukałem auta dla znajomych udających się do Włoch.

Ta tendencja kompletnie nie zdała egzaminu w przypadku wyjazdu na Maltę. Szukając samochodu ok. 3 miesiące przed wyjazdem, bez problemu można było znaleźć oferty w międzynarodowych wypożyczalniach za 15-20 euro dziennie (z pełnym ubezpieczeniem !). Zamiast rezerwować zastanawialiśmy się czy potrzebujemy tego auta w kraju gdzie ruch jest lewostronny. A przecież anulowanie rezerwacji jest możliwe bez kosztów. Tak długo się zastanawialiśmy, aż cena wzrosła dwukrotnie... Ostatecznie zarezerwowaliśmy w jednej z lokalnych wypożyczalni.

Wniosek z tego taki, że trzeba być czujnym w każdym momencie. ;-)

Po trzecie - na co uważać i jak się tego ustrzec?

Na ubezpieczenie lub jego brak. Przy odbiorze auta na naszej karcie kredytowej zostanie zablokowana pewna suma pieniędzy, zależna m.in. od klasy auta (zazwyczaj kilkaset euro). Co zrobić, żeby jej nie stracić, jeśli już uszkodzimy autko?

Trochę inaczej to wygląda przy rezerwacji przez pośredników takich jak autoeurope, a inaczej przy rezerwacji bezpośrednio z wypożyczalni. Najpierw opiszę jak jest u pośredników, ponieważ cały czas polecam ten sposób rezerwacji auta.

Przeglądając poszczególne oferty natkniemy się na rodzaje zapisów dot. ubezpieczenia:
  • Bez wkładu własnego w razie kradzieży lub wypadku. Najlepsza opcja - w razie uszkodzenia auta lub jego kradzieży, wypożyczalnia nie obciąży nas żadnymi kosztami. W tym przypadku wypożyczalnia nie robi blokady na karcie kredytowej.
  • Ze zwrotem wkładu własnego w razie kradzieży lub wypadku. Jest to wbrew pozorom bardzo podobna opcja do poprzedniej. Jeśli coś złego stanie się z samochodem to wypożyczalnia ściągnie nam z karty kredytowej proporcjonalną do uszkodzeń kwotę, jednak nie więcej niż zapisana w umowie wysokość wkładu własnego. Po zgłoszeniu się do brokera (np. autoeurope.pl) otrzymamy zwrot tej kwoty. Należy tylko przedstawić kilka dokumentów, które będą wymienione w umowie zawartej z pośrednikiem. Tu też przeważnie są wykluczenia dotyczące m.in. podwozia, szyb i opon. Niektóre portale brokerskie mają więcej wykluczeń, inne mniej. Niektóre oferują pakiety bez wykluczeń. Zawsze trzeba czytać warunki umowy. Jest taki tani portal brokerski - economycarrental. Jak się wczytamy w umowę, to okazuje się, że prawie wszystko jest wykluczone z ochrony ubezpieczeniowej.
  • Odpowiedzialność do wysokości kwoty udziału własnego. Tutaj nie ma co się rozpisywać. Radzę zapłacić kilka zł więcej i mieć spokój w razie jakiegokolwiek zdarzenia drogowego.
Rezerwując bezpośrednio przez stronę wypożyczalni, będziemy mieć dwie lub trzy opcje:
  • Bez wkładu własnego w razie kradzieży lub wypadku (z wykluczeniami). Tak jak pierwsza opcja u brokera
  • Bez wkładu własnego w razie kradzieży lub wypadku (bez wykluczeń). Maksymalna ochrona - wysokie stawki za każdy dzień wynajmu
  • Odpowiedzialność do wysokości kwoty udziału własnego. Tak jak ostatnia opcja u brokera
Jeśli zamierzamy wynająć auto kilka razy w roku to polecam zupełnie alternatywną metodę ubezpieczenia od wkładu własnego. Wypożyczamy auto bez ubezpieczenia wkładu własnego, natomiast ubezpieczenie kupujemy przez portal insurance4carhire.com. Działa to podobnie jak zwrot udziału własnego u brokera z jedną istotną różnicą - ubezpieczenie w insurance4carhire.com nie ma wykluczeń - nie musimy się martwić o opony, szyby, itp. Uważam, że jest to świetna opcja, sprawdzona przez znajomych.

Drugą rzeczą na którą trzeba uważać jest tzw. one way fee, czyli opłata za wynajem w jedną stronę. Jeśli wynajmujemy przykładowo w Gdańsku, a zwracamy samochód np. w Krakowie, to wypożyczalnia potrąci nam nie małą kwotę pieniędzy - w krajach zachodniej Europy nawet 100 euro. Większość wypożyczalni ma jednak tak, że przy wynajmie dłuższym niż 3 doby, taka opłata nie ma zastosowania. O tym, czy taka opłata będzie miała zastosowanie czy nie, dowiemy się dopiero po dokonaniu rezerwacji - musi być ona wyszczególniona na voucherze. Zawsze możemy taką rezerwację odwołać do 48 h przed planowanym wynajmem i szukać dalej...

Po czwarte - zniżki, rabaty...

Zapisując się do newslettera na autoeurope.pl, możemy uzyskać sporo niższe ceny wynajmu. Podobnie w przypadku portalu rentalcars.com

Warto też prześledzić programy rabatowe dla kart kredytowych. Rezerwując bezpośrednio przez strony wypożyczalni, możemy zaoszczędzić do 10-15% wpisując odpowiedni kod rabatowy. 

Po piąte - pytania?

Na jakiekolwiek pytania postaram się odpowiadać w komentarzach do posta.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

W Krainie Wielkich Jezior

Wczoraj wróciliśmy z Kariny Wielkich Jezior. Pogoda dopisała. Słońce towarzyszyło nam przez cały pobyt.

Z Gdańska wyjechaliśmy około godziny 14. W ciągu trzech godzin udało nam się dotrzeć do celu. Nocować postanowiliśmy pod namiotem. Idealne pole namiotowe namierzyliśmy w Nowym Moście. Czysto, tanio, sympatycznie. Gościnna Pani w recepcji bardzo się ucieszyła, że po raz kolejny w tym sezonie może zameldować na polu Pomorzan. Podobno z roku na rok jest nas tam coraz więcej. Po rozbiciu namiotu w te migi popędziliśmy do Mikołajek na rekonesans.


Mikołajki położone notabene nad jeziorem Mikołajskim to niewielkie miasteczko, z urokliwą Wioską Żeglarską. Zadbane uliczki i długi deptak nad jeziorem pełnym jachtów, ryneczek i klimatyczne restauracje sprawiają, że w Mikołajkach chce się być.

niedziela, 28 lipca 2013

Kaszuby na rowerach, edycja I

Tym razem nie "z Gdańska do", a "z Gdańska na"... NA KASZUBY rowerami.

Jakieś 3 godziny temu wróciliśmy z dwudniowej wycieczki rowerowej na Kaszuby. W sobotę o 9:50 naszymi ukochanymi Polskimi Kolejami Państwowymi z Gdyni (do Gdyni dostaliśmy się SKM) pojechaliśmy wraz z naszymi rowerami do Kościerzyny. Podróż trwała ok. 1,5 h. W Kościerskiej Biedronce zaopatrzyliśmy się w prowiant  i w drogę.

W pierwszym etapie wycieczki poruszaliśmy się niebieskim szlakiem rowerowym w kierunku Gołunia. Trasa zalicza się do łatwych i naprawdę pięknych. Większość szlaku prowadzi przez szerokie dukty leśne. Warto na chwile zatrzymać się w Juszkach. Jest to malutka, otoczona jeziorami i lasami sosnowymi, kameralna wieś, urzekająca starymi chatami z XIX i początków XX wieku. Dzięki temu, że jest położona z dala od głównej trasy, zachowała charakterystyczny dla tego regionu Kaszub tzw. ruralistyczny (wiejski, otwarty) układ urbanistyczny.

Źródło: http://lot-sercekaszub.pl/
Juszki, źródło: http://lot-sercekaszub.pl/

Za Juszkami zrezygnowaliśmy z jazdy niebieskim szlakiem rowerowym na rzecz dłuższego zielonego szlaku pieszego, prowadzącego urokliwą ścieżką wzdłuż brzegów Jeziora Strupino. Zielonym szlakiem dotarliśmy do Gołunia.  Tą trasą podążała również trójka rowerzystów z Gdyni, których bardzo, bardzo przepraszamy za wskazanie złego kierunku. W momencie gdy zorientowaliśmy się, że źle jedziemy próbowaliśmy ich dogonić. Niestety byli już daleko, daleko przed nami... i się nie udało. :-(

poniedziałek, 22 lipca 2013

Dzień 19...20 - Powrót do domu

Paryż

Przed godz. 7:00 byliśmy na lotnisko. To prawda co mówią... na lotnisku w Limie trzeba być co najmniej 3 godziny przed wylotem... wszystko trwa strasznie długo.

O godz. 10:00 wylecieliśmy... to było długie 12 godzin. O godz. 10:00 rano dnia następnego (między Europą a Peru różnica czasu wynosi 7 h) byliśmy w Paryżu. Z lotniska Orly przetransportowaliśmy się na lotnisko Beauvais za łączną kwotę ok. 25 euro za osobę. Nie ma niestety bezpośredniego połączenia między tymi lotniskami. Najpierw trzeba dojechać do centrum autobusem Orlybus - bilet 7 euro. Następnie należy przejechać metrem (linie 6 i 1 lub 4 i 1) do Porte Maillot i stamtąd autobusem bezpośrednio na lotnisko Beauvais - bilet 16 euro.

Po drodze doświadczyliśmy widoku słynnej Wieży Eiffla. No cóż... być może dlatego, że właśnie wracaliśmy z tak cudownego kraju jak Peru, wieża nie zrobiła na nas większego wrażenia.


Do Polski wróciliśmy liniami Ryanair - pierwszy i ostatni raz. Samolot był opóźniony ok. 2 godzin, a co do maszyny tez zostawia dożo do życzenia. Miejsca siedzące w samolocie są tak gęsto zamontowane, że nie ma mowy o wygodzie!!!

W Warszawie wylądowaliśmy o godz. 22:00 i stąd samochodzikiem udaliśmy się do Gdańska.

BYŁO NIESAMOWICIE.

Dzień 18 - Huacachina i do Limy


HUACACHINA

Od razu po przyjeździe do Icy nabyliśmy bilety do Limy - 36 soli, również Cruz del Sur. Następnie złapaliśmy taxi do Huacachiny (7 soli). W oazie zjedliśmy śniadanie w jednej z restauracji za jakieś 8 soli. Co ciekawe śniadania w Peru wszędzie wyglądają tak samo: buła, dżem, masło, kawa i sok ze świeżo wyciśniętych owoców. Tęsknię za tymi sokami. Mieliśmy ze sobą ciężkie plecaki. Niestety w oazie nie ma przechowalni bagażu. Udało się nam zostawić je w restauracji, w której jedliśmy śniadanie za niewielką opłatą. Z kelnerem próbowałam komunikować się po hiszpańsku. Mówił tak nie wyraźnie, że ciężko było cokolwiek zrozumieć no ale... koniec końców dogadaliśmy się i nawet pochwalił mój hiszpański.

Dzień 17 - Znowu Arequipa



Tego dnia powoli żegnaliśmy się z Arequipą, z Peru, z niesamowitą podróżą, z ludźmi, z Inca Cola i z mate de coca. :-(

Dzień zaczęliśmy tradycyjnie od spaceru po mieście. Błąkaliśmy się tak bez celu, aż w końcu dotarliśmy do mercado. Spróbowaliśmy trochę owoców, których nazw nawet nie znamy, pooglądaliśmy dziesięć tysięcy gatunków ziemniaka i poszliśmy w dalszą drogę.

Dzień 15...16 - Colca Trek

Kanion Colca

Pobudka - godzina 2:20. Ruszyliśmy na podbój Kanionu Colca :-) Z nami Amerykanka, Niemiec i pięciu Anglików. Grupa zdecydowanie bardziej przyjazna i rozmowna niż towarzysze z Inka Trail. Po tym trekkingu stwierdziliśmy, że co Europejczyk to Europejczyk:).

Większą część trasy do bram kanionu pokonuje się jeszcze w nocy. Dopiero w pobliżu Chivay zaczęło się przejaśniać, tam też zjedliśmy zapewnione przez tour operatora śniadanie. Zimno było jak diabli. Zlodowaciałe dłonie ogrzewaliśmy kubkami z ciepłą herbatą. Po śniadaniu wsiedliśmy do busa, a stamtąd szutrową drogą pojechaliśmy na słynny punkt obserwacji kondorów - Cruz del Condor. Po drodze zrobiliśmy jeden nieplanowany przystanek, bo okazało się, że na przydrożnej skale przesiaduje kondor. Z samego punktu widokowego zbyt wiele nie zobaczyliśmy - okazało się, że kondory latają zdecydowanie niżej w brzydkiej pogodzie, a taka właśnie była tego dnia. Tylko momentami, daleko w dole kanionu, wyłaniały się gdzieś między skałami. Mogliśmy sobie wyobrazić, jak ogromne są to ptaki. Podobno rozpiętość skrzydeł dorosłego kondora to nawet 4 m.

Dzień 14 - Arequipa

Arequipa

Następny dzień poświęciliśmy na poznanie Arequipy, czyli białego miasta (nazwa pochodzi od faktu, że niegdyś zamieszkiwali je tylko biali), oraz na załatwienie spraw związanych z trekkingiem w kanionie Colca. Zaczęliśmy od krótkiego spaceru po mieście i zwiedzania Convento de Santa Teresa, bilet kosztował 10 soli. W klasztorze jest dostępne spore muzeum oraz piękne krużganki - jedne z najładniejszych w mieście. Niesamowita była reakcja biletera na wiadomość, że jesteśmy Polakami :-) Pełen entuzjazmu zaczął wykrzykiwać Papa, Papa i wręczać nam ulotki  z uśmiechem na twarzy. Zrobiło nam się naprawdę miło, a to był dopiero początek.

Dzień 13 - Do Arequipy przez Wyspy Uros

Z Copacabany na Wyspy Uros

O godz. 9:00 wyjechaliśmy z Copacabany do Puno. W porcie w Puno, znajdującym się kilka minut jazdy moto taxi od dworca autobusowego, kupiliśmy bilety na łódź, którą popłynęliśmy na Wyspy Uros. Ta wątpliwa przyjemność kosztowała nas 15 soli od osoby. Jezioro Titicaca jest imponujące: ciemnoniebieski kolor wody porośniętej gdzieniegdzie trzcinami, błękitne niebo, a wszystko otoczone górami. Jedną z pierwszych rzeczy jakie zobaczyliśmy to trzciny. Wśród trzcin z każdą minutą coraz wyraźniej rysowała się nam wodna osada. Na horyzoncie wyłaniały się wyspy z żółtymi domami, zbudowanymi z wysuszonej trzciny totora. Wyspy są częścią Rezerwatu Narodowego Titicaca, utworzonego w 1978 roku w celu zachowania 37000 hektarów bagien i trzciny w południowym i północnym sektorze jeziora Titicaca. Rezerwat chroni ponad 60 gatunków ptaków, cztery rodziny ryb i płazów, w tym niezwykłą, bo największą trójkolorową żabę świata, liczącą sobie blisko 60 centymetrów, która nigdy nie wypływa na powierzchnie jeziora.

Dzień 12 - Isla del Sol

Isla del Sol

Następnego dnia łodzią wyruszyliśmy na wyspę Isla del Sol. Cena 30 boliwianów w dwie strony (bilety zakupiliśmy w jednym z biur podróży mającym siedzibę na głównym deptaku). Isla del Sol to piękne miejsce. Isla del Sol nie da się opisać - Isla del Sol trzeba zobaczyć. Bardzo suche tereny, a jednocześnie kolorowe. Gdyby ktoś nie wiedział na jakiej wysokości leży, mógłby pomyśleć, że to tropikalny kurort. Wyspa jest oddalona jakieś 20 km na północ od Copacabany. Jest ona uznawana za kolebkę kultury Inków. Dla plemion Keczua i Ajmara ważna jest nie tylko wyspa lecz także jezioro Titicaca. To tu z wód jeziora Titicaca wyłonił się Wiracocha. Na wyspie narodził się legendarny założyciel królewskiej dynastii Inków, Manco Capac i jego siostra/żona Mama Ocllo Huaco. Wg legendy tutaj narodziło się również słońce - Inti.

Dzień 11 - Copacabana

Droga z Copacabany do Chani

O godz. 7:30 wyruszyliśmy z Puno autobusem do Copacabany. Cena biletu to 30 soli plus 1 sol podatku za opuszczenie terminalu autobusowego. Około godz. 11:30 byliśmy w Boliwii. Jechaliśmy 3 godziny, ale w Boliwii przeskakujemy o jedną godzinę i z godz. 10:30 robi się godz. 11:30 :-)

W planach mieliśmy pojechać autobusem na koniec lub jak kto woli początek półwyspu i wrócić stamtąd spacerkiem do Copacabany. Niestety okazało się, że już żadne autobusy nie kursują w kierunku, który sobie obraliśmy. Została taksówka lub rower. Hmmm taksówka okazała się dosyć drogą opcją, na rower nie mieliśmy siły. Alternatywą zaspokajającą odrobinkę nasze oczekiwania okazał się spacer wzdłuż jeziora Titicaca do urokliwej miejscowości Chani.

Dzień 10 - Z Cuzco do Puno

Cuzco o wschodzie słońca

Ten dzień zaczął się... wcześnie! O godz. 6:30 udaliśmy się na terminal podstawioną przez przewoźnika taksówką, skąd autobus zabrał nas do Puno. Bilet na autobus turystyczny kupiliśmy dzień wcześniej w jednym z biur turystycznych  - kosztował 55 dolarów. W cenę biletu były wliczone napoje, lunch i bilety wstępu do odwiedzanych po drodze atrakcji turystycznych. Do Puno z Cuzco można dostać się też pociągiem lub autobusem nocnym, np. Cruz del Sur jednak ich ceny nie odbiegają znacznie od ceny autobusu turystycznego, a trasa jest naprawdę malownicza.

Z kategorii ciekawostek: warto wiedzieć, że są trzy firmy zajmujące się turystycznymi przewozami autobusowymi: Turismo MER, Wonder Peru Bus oraz Inka Express. Wszystkie trzy świadczą dokładnie te same usługi, wszystkie trzy mają dokładnie tak samo nowoczesne autobusy, wszystkie trzy należą do tego samego właściciela. Różnią się tylko ceną - chyba tak po prostu, bez powodu - takie jest właśnie Peru ;-)

Tak więc zanim dotarliśmy do celu zobaczyliśmy kilka peruwiańskich perełek.

Dzień 6...9 - Camino Inca

Inca Trail - km. 82

Głównym punktem naszego wyjazdu było oczywiście Machu Picchu. Bardzo chcieliśmy je zobaczyć, jak każdy odwiedzający ten magiczny kraj. Pozostało pytanie jak do niego dotrzeć. Sposobów jest kilka. Tańszych, droższych, mniej i bardziej męczących. Po niedługim namyśle padło na Inca Trail, zwaną także Camino Inca, czyli 43-kilometrowy odcinek górskiego szlaku łączącego najważniejsze miasta Inków. Wśród turystów cieszy się on niebywałą popularnością, nie wszyscy chętni zostają jednak na niego wpuszczeni. Jak to się mówi, kto pierwszy ten lepszy. Dostęp do Inca Trail jest ściśle kontrolowany przez rząd peruwiański. Każdego dnia, z wyłączaniem lutego, na szlak wpuszczanych jest zaledwie 500 osób w tym 200 turystów, reszta to przewodnicy i porterzy, czyli tragarze.

Można powiedzieć, że jesteśmy szczęściarzami, ponieważ pół roku po podjęciu decyzji, że obieramy taką, a nie inna drogę na Machu Picchu, szykowaliśmy się do trekkingu w zimnym Cusco.

Nasza przygoda zaczęła się w pewien czerwcowy poranek, a właściwie pewna czerwcową noc. Ok. 3:00 podjechał po nas bus. Mocno zaspani rozsiedliśmy się w nim wygodnie. Cała drogę tj. do Ollaytamtambo przespaliśmy.  W tym małym, urokliwym miasteczku spałaszowaliśmy śniadanie, a następnie zostaliśmy przetransportowani na 82 km linii kolejowej startującej z Cusco.  Tu zaczęła się przygoda. Była nas 8 plus przewodnik i porterzy. Przez kolejne 4 dni byliśmy skazani na siebie. 

Przewodnik pokrótce wytłumaczył nam co i jak. Następnie ustawiliśmy się w kolejce do bramy wejściowej. Pieczątka na bilecie, pieczątka w paszporcie i ruszyliśmy. Pełni energii i entuzjazmu przekroczyliśmy most na Urubambie. Trekking czas zacząć!

Dzień 5 - Święta Dolina Inków

Ollantaytambo

OLLANTAYTAMBO

Do Ollantaytambo trafiliśmy trochę przypadkiem. Czytaliśmy wcześniej, że to ładne i warte uwagi miejsce, ale nie mieliśmy zbyt wiele czasu, a do Ollanta było zawsze trochę nie po drodze. No ale...Plan przewidywał dostanie się do Salinares :-) Pogoda niestety zapowiadała się tak kiepsko, że bez sensu było jechać na Salinares, które pięknie wyglądają tylko w słońcu. Postanowiliśmy więc udać się do Ollantaytambo, a potem ewentualnie zobaczyć Salinares i resztę przewidzianych na ten dzień atrakcji. Busik do Ollanta kosztował 10 soli.

Samo Ollantaytambo okazało się przecudownym miasteczkiem. Jest to jedyne miasteczko w regionie z zachowaną urbanistyką inkaską z XIII wieku - tj. idealnie prostopadłe uliczki wyłożone kamieniem, kamienne mury domów, kanały oprowadzające wodę z pobliskich gór biegnące uliczkami, itp. Wygląda to wszystko pięknie.

Dzień 4 - Pisac, Sacsayhuamán i Cuzco

Cuzco

Po krótkim porannym spacerze po Cuzco, wybraliśmy się do Pisac tzw. colectivo. Z tego środka transportu korzystają w Peru raczej lokalsi, ciężko w nich spotkać turystów. Są to przeważnie lekko starsze busiki kursujące bez konkretnego rozkładu jazdy - odjeżdżają do celu po prostu wtedy, gdy cały bus się zapełni. Atmosfera w colectivo jest dość specyficzna. Głośna peruwiańska muzyka, mieszkańcy jedzący cuchnące zupy przewożone w woreczkach foliowych - nie wiedzieć czemu, ale to wszystko sprawiało, że bardzo lubiliśmy nimi jeździć.

Dzień 3 - Z Limy do Cuzco

Cuzco - Plaza de Armas

Po 16 godzinach lotu byliśmy w Limie. Pierwszą czynnością jaką zrobiliśmy po wylądowaniu było przestawienie zegarków - wskazówki cofnęliśmy o 7 godzin i w ten oto sposób z godz. 13:00 zrobiła się  godz. 6:00. Wypełniliśmy dwa druczki, w tym jeden informujący, że nic cennego do Peru nie wwozimy (w innym przypadku musielibyśmy zapłacić podatek od wartości przedmiotu, tj. jakieś 14%). O godz. 11:00 mieliśmy wylecieć liniami TACA do Cuzco. Niestety lot został opóźniony o 3 godziny.

niedziela, 21 lipca 2013

Dzień 2 - Barcelona


Mając jeden dzień w tym niezwykłym mieście wstaliśmy dość wcześnie (czyli dzień jak co dzień). Zwiedzanie Barcelony zaczęliśmy od Parku Güell. Dla mnie Park Güell jest magią. Czaruje. Gdy z niego wychodziliśmy to robiło się już dużo ludzi, więc w sezonie polecamy wybrać się tam z rana. Podobnie zresztą jak do Bazyliki Sagrada Familia.

Dzień 1 - Z Gdańska do Barcelony


W sobotę 8 czerwca ruszyliśmy na dworzec PKP zaopatrzyć się w  bilety do Poznania. Zdecydowaliśmy się na dość drogą ale szybką opcję dotarcia do stolicy Wielkopolski – pociąg relacji Gdynia-Berlin. Na dworcu zupełnie przypadkiem dowiedzieliśmy się, że jeśli kupimy bilety w niedzielę to będą one kosztowały tylko 45 zł a nie 75 zł. Po północy zarezerwowaliśmy bilety przez Internet. Pomimo, że do pociągu zamierzaliśmy wskoczyć w Gdańsku bilety zakupiliśmy z Gdyni, bo tylko na takie była promocja. Dosyć specyficzna promocja, jak to w PKP ;-)

O godz. 7:00 w niedzielę para buch i maszyna poszła w ruch… do Poznania. Miasto przywitało nas piękną pogodą. Nic tylko wystawić twarze do słońca i grzać się w jego promieniach. Rozłożyliśmy się na jednej z ławek na poznańskim rynku i rozkoszowaliśmy się atmosferą. Na schodach ratusza odbywała się impreza dla dzieci - coś w rodzaju nauki tańca Gangnam Style. Punktualnie o 12:00 koziołki zdecydowały się postukać, a po koziołkach przyszedł czas na zlot mustangów.

O godz. 17:20 wylecieliśmy z Poznania do mojej ukochanej Barcelony.

czwartek, 7 marca 2013

Żółte tramwaje i nie tylko - Lizbona


Lizbona jest miastem o kilku obliczach. Z jednej strony mieliśmy niszczejąca dzielnicę Alfama, a za chwilę wkraczaliśmy w świat przepychu w dzielnicy Chiado. Nie pokochałam tego miasta od pierwszego wejrzenia. Potrzebowałam kilka wdechów i wydechów, aby poczuć jego atmosferę i zachwycić się nim prawdziwie. Zanim zacznę opisywać nasz pobyt w Lizbonie pozwolę sobie wtrącić, że w 1755 r. miało w niej miejsce trzęsienie ziemi. Pozostawiło ono miasto niemal całkowicie zrujnowane. Tak więc decydując się na zwiedzanie Lizbony musimy mieć świadomość, że raczej nie uświadczymy uliczek w stylu średniowiecznym, gotyckich kościołów czy też renesansowych baszt.

niedziela, 3 marca 2013

Białe miasto i inne cuda - Alcobaca, Obidos, Sintra i Cabo da Roca

Batalha - Klasztor

BATALHA

Rano wyruszyliśmy wynajętym samochodem z Porto w stronę Lizbony. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w Batalha. Główną i jedyną atrakcją znajdującą się w tejże miejscowości jest Klasztor Matki Boskiej Zwycięskiej. Budowę Klasztoru rozpoczęto pod koniec XIV w. i budowano go, budowano... budowano 150 lat! Końcowy efekt jest imponujący. Klasztor składa się z Kościoła, Kaplicy Fundatora, Kapitularza, Starego Refektarza, Niedokończonej Kaplicy oraz Krużganków. Analizując wszystkie argumenty za i przeciw postanowiliśmy nie płacić 8 euro za zwiedzanie wnętrza Klasztoru. Budowlę podziwialiśmy stojąc kilka metrów od niej.