poniedziałek, 8 grudnia 2014

Lanzarote - kilka wskazówek

W chłodne, zimowe dni najlepiej spakować walizkę i wyemigrować na 3 miesiące tam gdzie aura jest zdecydowanie łaskawsza. A jak nie na trzy miesiące to chociaż na tydzień. Zaletą podróży zimą lub późną jesienią w cieplejsze klimaty niż polskie jest przede wszystkim cena. W dzisiejszym poście skupimy się na pewnej wyspie kanaryjskiej, a dokładnie na Lanzarote.

Jakieś dwa tygodnie temu zwrócono się do nas z prośbą o pomoc w zrobieniu mapy ze wskazaniem tego co watro zobaczyć na Lanzarote. Pytanie zostało skierowane przez osoby, które zakupiły wycieczkę w biurze podróży, a na wyspie planują wynająć samochód i trochę ją pozwiedzać na własną rękę. Fajną wycieczkę z opcją all inclusive, w przyjemnym i dogodnie położonym hotelu można kupić za ok. 2200 zł. Można też kombinować na własną rękę z Gdańska lub Warszawy np. przez Paryż.

My na tej magicznej, wulkanicznej wyspie nie byliśmy nigdy - niestety, albo stety bo mamy kolejny cel - Wyspy Kararyjskie. Stąd wszystkie informacje zamieszczone w poście są wiedzą zaczerpniętą od wujka Googla. Przy układaniu mapy miejsc, które warto zobaczyć, kierowaliśmy się przede wszystkim niezastąpioną aplikacją Gogle Earth.


Samochód rezerwowaliśmy już tradycyjnie na stronie pośrednika autoeurope.pl. Poszukiwane było cudo na kółkach z segmentu D - padło na Focusa z wypożyczalni Goldcar. Wynajęcie z opcją zwrotu pojazdu z możliwie pustym bakiem (tzw. pełny-pusty) kosztowała 65 euro za 7 dni, natomiast opcja zwrotu pojazdu z pełnym bakiem (tzw. pełny-pełny) kosztowała 135 euro. W przypadku wynajęcia w opcji pełny-pusty musimy przy odbiorze auta zapłacić jeszcze haracz za benzynę znajdującą się w baku. Oczywiście wypożyczalnia nie liczy tego po stawkach obowiązujących na stacjach benzynowych. W przypadku aut tej kategorii (D) wypożyczalnia pobiera ok. 120 euro zaliczki, na co składa się opłata za paliwo (86 euro) i opłata "serwisowa" (34 euro). Pełną tabelę ze stawkami za paliwo znajdziecie tutaj. W Goldcar jest jeszcze jeden myk na naszą korzyść. Jak zwracamy auto do wypożyczalni to przysłowiowy pan Heniek sprawdza ile zostało paliwa i możemy liczyć na zwrot pewnej kwoty. Stawka za paliwo (to 86 euro) jest dzielona przez 8 i za każdą zostawioną działkę na wskaźniku poziomu paliwa dostaniemy zwrot tej 1/8. Jeśli zostawimy 3 podziałki paliwa to oddadzą nam ok. 32 euro. Opłaty serwisowej nikt nam już nie odda. Tak przynajmniej opisują to w swoim regulaminie. ;-)

W przypadku wynajęcia auta w opcji pełny-pełny musimy się martwić tylko o to, żeby przed oddaniem auta zatankować go do pełna. Jeśli się tego nie zrobi, wypożyczalnia potrąci nam opłatę serwisową i doliczy jeszcze stawkę za brakujące litry. To chyba na tyle w temacie wynajęcia auta. Warto zawsze wczytywać się w regulaminy, przemyśleć ile przejedziecie kilometrów i sobie wszystko przeliczyć. W tym przypadku korzystniej wyszła opcja pełny-pusty.

Dla wszystkich, którzy zdecydują się na zwiedzanie wyspy komunikacją publiczną podaję namiary na rozkład jazdy autobusów: http://intercitybuslanzarote.es. Strona jest świetnie zrobiona. Szczególnie podobają nam się mapki połączeń.

Podobno bardzo ciekawym doświadczeniem jest spacer po jarmarku lokalnego rękodzieła odbywającym się w miasteczku Teguise. Targowisko rozkłada się w każdą niedzielę o godzinie 9 i zwija namioty o 14. Lokalny przewoźnik (link w poprzednim akapicie) uruchamia nawet na ten czas specjalną linię autobusową.

Pomocna może też okazać się wskazówka dot. trekkingów po Parku Narodowym Timanfaya. Większość obszaru zajmowanego przez Park Narodowy objęta jest zakazem wstępu dla samotnych turystów. Można się za to udać na jeden z zorganizowanych trekkingów po Parku Narodowym. Udział jest darmowy, ale miejsc jest tak mało, że trzeba sobie je rezerwować kilka miesięcy prędzej. Tutaj podajemy link do strony rezerwacyjnej. Tutaj z kolei trochę informacji po Polsku na temat oferowanych trekkingów.

Mamy nadzieję, ze podane informacje się komuś przydadzą. Zachęcam do komentowania i wrzucania porad w komentarzach. Wskazówki tych, którzy byli i widzieli są bezcenne.

piątek, 7 listopada 2014

Tajlandia - przygotowania do podróży

Podróż do Tajlandii zbliża się malutkimi krokami, ale żeby nie obudzić się z ręką w nocniku, przygotowania do niej zaczęliśmy już jakiś czas temu.

Po pierwsze, aczkolwiek nie najważniejsze, na naszej półce od jakiegoś czasu stoi przewodnik. Z reguły kupujemy przewodniki Lonely Planet. Są w nich najważniejsze dla nas informacje czyli mapy, namiary na ho(s)tele oraz na tanie, dobre bary/restauracje. Tak też było tym razem - LP jest nasz.

Przewodniki tego wydawnictwa nie należą do najtańszych, więc z reguły czekamy na kody rabatowe, które pojawiają się na portalach loter.pl czy fly4free.pl. Bywa, że przewodnik można kupić za 50% ceny i to jest już dobry deal. Za tajną wiedzę o Tajlandii zapłaciliśmy ok. 55 zł z przesyłką. W polskich księgarniach kosztuje ok. 100 zł.

Przewodniki można też ściągnąć ze strony wydawnictwa Lonely Planet - oczywiście za opłatą. O innych źródłach nie będziemy oficjalnie pisać ;)

Następnym etapem było ułożenie planu podróży. Z tym nie było już tak łatwo. Nad mapą, blogami podróżniczymi, forami Lonely Planet i Tripadvisor oraz przewodnikiem ślęczeliśmy tygodniami zanim postawiliśmy kropkę nad "i". Pomogła nam też Martyna Skura prowadząca bloga podrozeobiezyswiatki.wordpress.com, za co serdecznie dziękujemy. Szare komórki pracowały, pracowały i pracowały. Efekt pracy jest oczywisty (chociaż trzeba było trochę czasu aby sobie to uzmysłowić): nie da się wszystkiego zobaczyć w niecałe trzy tygodnie. Tniemy. No i wycięliśmy m.in. Chiang Mai i okolice. Stwierdziliśmy, że skupimy się na południu, a na północną część kraju jeszcze przyjdzie pora. Taką przynajmniej mamy nadzieję.

Podczas planowania podróży dręczyło nas pytanie: pociąg/autobus czy samolot? Samolot jest zdecydowanie szybszym sposobem na przemieszczanie się z miejsca na miejsce, ale... No właśnie, zawsze jest to "ale". Podróże koleją lub autobusem mają swój urok, czego nie można powiedzieć o podróżowaniu samolotem. Po drugie - zakup biletów lotniczych ogranicza. Jest bilet na dany dzień i daną godzinę, więc trzeba się zwijać, bo w innym wypadku przepadnie kasa. Stanęło na tym, że żelaznym ptakiem polecimy tylko z Krabi do Siem Reap i z powrotem do Bangkoku. 

Następnym etapem było oczywiście polowanie na tanie bilety. Dotarły do nas informacje, że we wrześniu powinna być kolejna odsłona promocji "free seats", obejmująca bilety na interesujący nas termin (czyt. styczeń/luty). Czekaliśmy cierpliwie. Niestety się nie doczekaliśmy, ponieważ linie lotnicze zmieniły strategię marketingową i free seats na styczeń/luty były dostępne, ale w lutym. Niepocieszeni kupiliśmy bilety pod koniec września za ok. 550 zł za osobę (trzy odcinki lotów: KBV-DMK-REP / REP-DMK). Świetny biznes to może nie był, ale zależało nam na czasie. W chwili obecnej ceny biletów są na podobnym poziomie.

A oto efekt naszej pracy, czyli plan podróży po Tajlandii i małym fragmencie Kambodży:

2015-01-25   Przylot do Bangkoku o 10:00 rano czasu lokalnego.
2015-01-26   Zwiedzanie Bangkoku (ew. Ayutthaya).
2015-01-27  Zwiedzanie Bangkoku (ew. wodospady Erewan).
2015-01-28  Zwiedzanie Bangkoku… wieczorem wyjazd pociągiem do Surat Thani.
2015-01-29   Rano przejazd z Surat Thani do Khao Sok... Spacery po okolicy przez resztę dnia.
2015-01-30   Khao Sok - 2D/1N Cheow Lan Lake Tour.
2015-01-31   Khao Sok - 2D/1N Cheow Lan Lake Tour.
2015-02-01   Poranny przejazd do Krabi, a po dotarciu zobaczymy co dalej.
2015-02-02   Półwysep Railay
2015-02-03   Wycieczki po okolicznych wyspach (np. Four Island Tour).
2015-02-04  Wycieczki po okolicznych wyspach (np. Phi Phi Tour).
2015-02-05   Wycieczki po okolicznych wyspach (np. Hong Island Tour).
2015-02-06   Dzień transportowy… Przelot z Krabi (15:40) do Siem Reap (przez Bangkok).
2015-02-07   Zwiedzanie Angkor Wat.
2015-02-08   Zwiedzanie Angkor Wat... Wieczorny przelot do Bangkoku (wylot o 21:45)
2015-02-09   Zwiedzanie Bangkoku.
2015-02-10   Wylot o 2:40 a.m. z lotniska Suvarnabhumi.

W ramach przygotować zarezerwowaliśmy też nocleg w centrum Bangkoku na początek pobytu w Tajlandii.  Nasza hotel nazywa się Thara House. Trochę dobrych opinii, lokalizacja blisko Khao San Road i cena 620 dh za pokój wystarczyły, abyśmy się zdecydowali na wcześniejszą rezerwację

To są oczywiście nasze wstępne założenia, bo jak wiadomo w życiu różnie bywa. Może być tak, że Bangkok nam się nie spodoba i wyjedziemy z niego dzień prędzej lub odwrotnie - tak nam się spodoba, że w ogóle nie zwiedzimy okolic tego wielkiego miasta. Jeśli chodzi  wyspy, to może być tak, że osiądziemy na jednej z nich i będziemy tylko wygrzewać tyłki. Plan jest dosyć elastyczny. Jeżeli macie jakieś pomysły jak go udoskonalić lub gdzie można przenocować lub dobrze i tanio zjeść dajcie nam znać. Będziemy wdzięczni.

A na koniec skromna mapka z chyba wszystkimi atrakcjami turystycznymi w Tajlandii...

wtorek, 30 września 2014

Pierniczenie o Toruniu

W Toruniu byliśmy już kilka razy i pewnie jeszcze nie raz do niego zajedziemy. Kupiliśmy go w całości z jego gotyckim klimatem, Kopernikiem, wszędobylskim piernikiem i przepysznymi lodami od Lenkiewicza. Każda nasza wizyta wiąże się z poznawaniem Torunia z innej perspektywy. Mam wrażenie, że w tym mieście po prostu zawsze coś się dzieje, a to Bella Skyway Festival, a to Święto Piernika lub po prostu studenci rozkręcają imprezę. Nie sposób nie ulec urokowi piernika i Torunia.

ToruńToruń - Ratusz Staromiejski

Toruń po prostu zachwyca. Każda kamienica w centralnej części miasta jest misternie odnowiona. Każda uliczka jest wybrukowana. I co ważne nie uświadczymy reklam. Brak też rechoczących żab, fruwających plastikowych bzyczków i rumuńskich dzieciaków próbujących wykrzesać jakiś dźwięk ze swoich akordeonów. Miasto ma pomysł na siebie i to widać na każdym kroku - przenosimy się kilka wieków wstecz. Zdecydowanie zachęca do odkrywania sekretów, które kryją uliczki.

poniedziałek, 15 września 2014

Fojutowo - mała osada z najdłuższym akweduktem

Miały być wakacje w Czarnogórze, a koniec końców wylądowaliśmy w kujawsko-pomorskim - m.in. w urokliwym Fojutowie.

No cóż... ilość złociszy zgromadzonych na naszych kontach okazała się zdecydowanie niewystarczająca, aby udać się na trekking w Górach Dynarskich. Liczby niestety nie kłamią. No trudno – zabrzmiało gdzieś w naszych głowach i nie tracąc czasu na narzekanie jak to u nas w Polsce źle, wykombinowaliśmy, że zrobimy wypad do sąsiedniego województwa. 

Tak jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy. W sobotę rano zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w stronę Fojutowa. "Szczerze pisząc" nie mieliśmy pojęcia czego się po tym miejscu spodziewać. Gdzieś coś tam czytaliśmy, słyszeliśmy, że pięknie, że warto zajechać. Zaryzykowaliśmy. Było warto!

Wiatrak w FojutowieFojutowo

Fojutowo to niewielka osada. Dosłownie niewielka. Są tu może z dwa domy i zajazd, a dokładnej pisząc kompleks wypoczynkowy z basenami, tężniami i restauracją - jak to się mówi full wypas. Ale to nie zajazd jest główną atrakcją tego miejsca, a akwedukt i przyroda, przyroda i jeszcze raz przyroda. Szczególnie mocno odczuwaliśmy kontakt z naturą podczas naszego dwugodzinnego wiosłowania po Wielkim Kanale Brdy. Na wodzie nie było zbyt wielu miłośników kajakarstwa (jak np. na Krutyni). Panowała niesamowita cisza. Na rozlewiskach wypoczywały kaczuchy, przed nami sunęło stado łabędzi, a nad nami latały owady przeróżne. Jednym słowem sielsko-anielsko. Odpłynęliśmy dosłownie i w przenośni. Fajnie, że są takie miejsca, gdzie komercja nie rozgościła się na dobre i można odpocząć od miejskiego gwaru tak prawdziwie.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Peru praktycznie: Transport

Peru transport

W Peru byliśmy ponad rok temu. Jadnak w głowie pozostało kilka dosyć istotnych (moim zdaniem) informacji dotyczących podróżowania po kraju Inków, w związku z czym, postanowiłam się nimi podzielić. Wiedza to skarb nieoceniony. Być może informacje zamieszczone poniżej okażą się dla kogoś z Was przydatne. Zapraszam do lektury.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Poszukiwania słońca w północnych Włoszech

Wakacje, Austria, góry. Miało być słonecznie-bajecznie, ale niestety nie zawsze było. Kiepska pogoda w austriackim Tyrolu zmusiła nas do szukania słońca gdzie indziej - padło na północne Włochy. W ten sposób ratowaliśmy się przez 2 dni. Z samego rana pobudka i w stronę wyższych temperatur. Pierwszy dzień spędziliśmy w Merano oraz Bolzano. Jednak zanim słońce się ukazało, mieliśmy do pokonania wysokogórską przełęcz Timmelsjoch. Było na tyle zimno, że aż pytaliśmy miejscowych czy ze względu na opady śniegu przełęcz nie jest zamknięta - zapewniali że nie, więc dawaj w górę. Wspinaliśmy się wyżej i wyżej, a roztaczające się widoki, nawet w smugach deszczu (z odrobiną śniegu) były niesamowite. Od czasu do czasu robiliśmy sobie przystanki, żeby nacieszyć oko i zobaczyć do kryje się w przydrożnych budkach. Okazało się, że niewielkie budynki pełnią funkcję mini muzeów. Na samej przełęczy znajduje się "muzeum centralne", czytaj największe. Co się w budkach znajduje? Przede wszystkim zdjęcia przedstawiające przełęcz i historię budowy trasy. Potem jechaliśmy już tylko w dół. Powolutku ponieważ droga jest bardzo kręta i wąska, a w tamtym momencie dodatkowo śliska.

Z Timmelsjoch do Bolzano
Timmelsjoch

Pierwszy dłuższy postój zrobiliśmy w Merano. Jest to po prostu przyjemne, zadbane miasteczko uzdrowiskowe z niewielką starówką. Jednak bez przysłowiowego "wow". Lekko zatłoczone aczkolwiek ten tłum turystów nam nie przeszkadzał. Cieszyliśmy się, że nie pada. Było ciepło, jednak słońce cały czas chowało się za chmurami. Pokręciliśmy się po tej niewielkiej starówce i bulwarze nad rzeką, zjedliśmy lody i ruszyliśmy w stronę Bolzano.

czwartek, 24 lipca 2014

Niemieckie wątki z podróży do Austrii

Tym razem zabieram Was za naszą zachodnią granicę. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że  niemieckie miasteczka zauroczą mnie tak bardzo, że będę miała ochotę do nich wrócić.

A wszystko zaczęło się w Rothenburgu na granicy Bawarii i Badenii. Zrobiliśmy sobie w nim postój przy okazji wycieczki w Alpy austriackie i był to strzał w dziesiątkę. Dodam, że wszystkie miejsca, o których będziecie czytać poniżej stanowiły bonus do naszego austriackiego wypadu.

Rothenburg

Rothenburg słynie przede wszystkim ze średniowiecznej zabudowy, która w żadnym innym niemieckiej miejscowości nie zachowała się w tak dobrym stanie. Nie mieliśmy zbyt dożo czasu na jego zwiedzenia. Jechaliśmy do Austrii - przed nami był jeszcze kawał drogi do celu. Miasteczko nie jest niestety (lub stety) na tyle małe, aby cztery godziny starczyły na zobaczenie wszystkiego, co warte jest zobaczenia. Jednak te kilkadziesiąt minut wystarczyło aby się w nim zakochać.

czwartek, 17 lipca 2014

Dolina Ötztal i nie tylko - po prostu Tyrol

Austria to taki kraj, w którym nie sposób się nie zakochać. Trafiliśmy do niego w pewien lipcowy dzień w 2011 r. Kupiliśmy go w całości: góry, architekturę, ludzi i ten porządek.

Stams

Szesnaście godzin spędzone w samochodzie bez klimatyzacji (z przerwą na Rothenburg) w upalny dzień zostało nam wynagrodzone w 90% (10% zostawiam na pogodę). Do miejscowości Huben (dolina Ötztal), która stała się naszą bazą wypadową na najbliższe 10 dni, dotarliśmy późno. Byliśmy wykończeni. Padliśmy jak zabici z nadzieją, że następny dzień przywita nas słońcem. No i przywitał, ale dość szybko pożegnał. Pogoda zdecydowanie nie była naszym sprzymierzeńcem. Jednak jak tylko prognozy wskazywały, że nie będzie deszczowo ruszaliśmy na szlaki.

wtorek, 8 lipca 2014

Ryga i Tallinn

Rygę i Tallinn - stolice Łotwy i Estonii odwiedziliśmy ponad dwa lata temu. Ze względu na fakt, że spodobały nam się bardzo, w szczególności uwiodła nas stolica Estonii, postanowiliśmy zamieścić na blogu krótką relację i kilka porad stricte praktycznych.

Może zacznę od tego jak dostaliśmy się do tych cudnych miast. Do Rygi z Gdańska dolecieliśmy liniami Air Baltic, z Rygi do Tallinna pojechaliśmy autobusem, a z Tallinna do Polski wróciliśmy również liniami lotniczymi Air Baltic. Biorąc pod uwagę obecne ceny biletów w Air Baltic odradzam taką kombinację. Proponuję Ryanairem dostać się do Oslo, a następnie z Oslo do Rygi. Oczywiście z Rygi bierzemy autobus do Tallinna, a do Gdańska wracamy Ryanairem z Tallinna przez Oslo. Bywa, że bilety na samolot są tanie jak przysłowiowy barszcz i całość (łącznie z biletem na autokar) może was kosztować ok. 250 zł.

Łotwę i Estonię odwiedziliśmy późną jesienią. Tak jak pisałam, na pierwszy ogień poszła Ryga.

Ryga - Dom Bractwa Czarnogłowych

Ryga przywitała nas deszczem. Lało jak z cebra, jednak deszcz nas nie pokonał, a następnego dnia naszym towarzyszem było już głównie słońce. Klimatyczne uliczki, zadbane kamienice, urocze restauracyjki i dość spora dawka nowoczesnej architektury, doskonale wkomponowanej w urbanistykę miasta przypadły nam do gustu bez dwóch zdań.

niedziela, 22 czerwca 2014

Kolejne wyzwanie - Tajlandia

Tajlandia - kraj, o którym praktycznie wszyscy nasi znajomi wypowiadają się w samych superlatywach, kusił nas niesamowicie. Długo szukaliśmy możliwości, aby dotrzeć do niego za stosunkowo nieduże pieniądze. W końcu udało nam się znaleźć świetną ofertę na serwisie loter.pl. Za 1450 zł polecimy z Warszawy do Bangkoku na przełomie stycznia i lutego 2015 r. liniami Ukraine International Airlines. Zanim się zdecydowaliśmy kupić bilety lekko się wahaliśmy, bo linie ukraińskie, bo przesiadka w Kijowie, a sytuacja na Ukrainie dość napięta, bo w Tajlandii przewroty polityczne. Jednak kto nie ryzykuje ten tanio nie lata. Poza tym płatność kartą kredytową ma tę zaletę, że jeśli coś pójdzie nie tak, zawsze jest chargeback, a godzinę policyjną w Tajaldii zniesiono, więc witaj przygodo. 

Przed nami niełatwe zadanie ułożenia wstępnego planu podróży. Na miejscu spędzimy 16 dni. Może uda się wyskoczyć do Angkor Wat w Kambodży? Fajnie by było. Jeśli macie jakieś własne doświadczenia i porady to piszcie w komentarzach - będziemy wdzięczni.

niedziela, 8 czerwca 2014

Porto - miasto winem płynące

Za post opisujący nasz pobyt w Porto biorę się już któryś raz z kolei, mam nadzieję, że tym razem uda mi się go zakończyć. Taki stan rzeczy jest zapewne wynikiem tego, że Porto dla mnie jest miejscem niezdefiniowanym. W związku z czym z trudem przychodzi mi jego opisywanie. No ale dosyć już biadolenia... Spróbuję...

Porto - Ribeira

Wylądowaliśmy w Lizbonie. Nasz plan zakładał, że ze stolicy Portugalii od razu uciekamy do Porto. Jak plan zakładał tak zrobiliśmy. W Porto byliśmy późnym wieczorem. Miasto przywitało nas niesamowicie oświetlonymi mostami dumnie wznoszącymi się nad rzeką Duoro. Zachęcało do tego, aby jak najszybciej znaleźć się w jego centrum. Niestety, gdy nasz autobus zaparkował, gdy już się z niego wygramoliliśmy i gdy ruszyliśmy uliczkami Porto do naszego hotelu, odczucia były mieszane. Stały się jeszcze bardziej mieszane gdy po zostawieniu bagaży w hotelu poszliśmy na rekonesans do najstarszej dzielnicy Porto - Ribeiry. Dzielnica wydała nam się opuszczona, niezamieszkana, obdrapana. Spacerując po jej ciemnych uliczkach czułam  się jak w filmie grozy. Pierwszego wieczoru nie spotkaliśmy w Ribeirze żywego ducha, no może prócz mendigo (bezdomni). Pierwszy bliższy kontakt z miastem okazał się niezbyt przyjemny. Jednak następne dni pokazały, że Porto może zachwycić. W świetle dziennym wszystko wyglądało inaczej. Polubiliśmy nie do końca zadbaną, ale niezwykle urokliwą Ribeirę. Polubiliśmy niesamowitą atmosferę panującą w mieście i za każdym razem, gdy odkrywaliśmy nowe dzielnice, winiarnie czy nowe widoki ze wzgórz, było już tylko wielkie "wow".

sobota, 7 czerwca 2014

Rabat i do domu

Rabat

Rabat zaskoczył nas przede wszystkim... cenami noclegów. Są kosmiczne. Za obskurne pokoiki żąda się drakońskich sum. Jest to dość dziwne, bo wszystko inne jest w Rabacie tańsze niż w pozostałych miastach. Cóż nam pozostało, płaciliśmy i "płakaliśmy". Ulokowaliśmy się w hotelu bardzo blisko medyny. Hotel nazywa się Majestic i choć bardzo daleko mu do 5 gwiazdek to ma odźwiernego. Dziwnie się czułam jak otwierał i zamykał nam/za nami drzwi. Do naszego przyszłego pokoju zaprowadził nas recepcjonista. Zaprezentował nam go z pełną dumą. Pokój jak pokój nic specjalnego i niestety był problem z ciepłą wodą. Zdecydowaliśmy się jednak na niego, ponieważ był to już któryś z kolei hotel, w którym byliśmy i w porównaniu z poprzednimi był dość zadbany. Recepcjoniście daliśmy paszporty i myśleliśmy, że to wszystko. On jednak nie zamierzał opuścić pokoju, stał tylko i głupkowato się uśmiechał. Spojrzeliśmy się na niego pytająco, na co Marokańczyk łamaną angielszczyzną próbował nam powiedzieć, że chce napiwek. Brzmiało to mniej więcej tak: "czip, czip". Za Chiny bym nie wpadła, że chodzi mu właśnie o napiwek, czyli "tip". Widząc, że nie rozumiemy przekartkował nasze paszporty, które mu daliśmy, dając nam w ten sposób znać, że nie ma w nich pieniędzy. Następnie wypowiedział magiczne słowo - euro. Pokręciliśmy przecząco głowami. Napiwek mu się zdecydowanie nie należał. Zaprowadził nas do pokoju i tyle. Gdybyśmy każdemu płacili za taką usługę już w ciągu pierwszego tygodnia pobytu skończyłyby się nam pieniądze. Był ewidentnie niezadowolony. No cóż, w Maroku uczyliśmy się asertywności cały czas. Bez wątpienia się tam przydaje.

poniedziałek, 19 maja 2014

Wiatr znad oceanu w As-Sawirze

W drodze do As-Sawiry

Nastał czas pożegnania z Marrakeszem - miastem, do którego z pewnością jeszcze wrócimy. Naszym następnym celem była As-Sawira (Essaouira). Zdecydowaliśmy, że dostaniemy się do niej busem turystycznym. Biura turystyczne oferują jednodniowe wycieczki do wietrznego miasta, czyli o 7 rano zabierają chętnych z Marrakeszu, a wieczorem zawożą turystów z powrotem. My w As-Sawirze postanowiliśmy zostać. Udało nam się bez problemu znaleźć biuro (zresztą bardzo blisko naszego hotelu), które przystało na naszą propozycję cenową. Z obliczeń wynikało, że zaoszczędzimy dzięki takiej opcji i czas i pieniądze. Niestety nasze kalkulacje okazały się nieprawidłowe. Myślę, że gdybyśmy skorzystali z usług CTM to bylibyśmy jakieś pół godziny szybciej, bo autobus tej linii nas wyprzedził gdy już zbliżaliśmy się do celu. Finansowo wyszło bardzo podobnie (doliczając ceny taksówek na dworzec autobusowy w Marrakeszu i z dworca w As-Sawirze). O godzinie 8 siedzieliśmy w busiku, który wiózł nas do  miasta. Oczywiście bus turystyczny jak to bus turystyczny zrobił sobie kilka przystanków, np. na śniadanie, w sklepie z olejkami arganowymi oraz przy drzewie (arganii żelaznej), na którym koczowały kozy. Tak, kozy! Wskakują one na gałęzie arganii i zaczynają ucztowanie. Obrazek jest niesamowity. Jak widać w Maroku wszystko jest możliwe... nawet bella koza na drzewie. Właśnie te postoje sprawiły, że przyjechaliśmy później niż zakładał nasz pierwotny plan, ale przynajmniej zobaczyliśmy kozy, więc nie było tak źle. W miasteczku byliśmy po jakiś 3,5 godzinach jazdy.

poniedziałek, 12 maja 2014

Magiczny Marrakesz

Marrakesz - Jemaa el-Fna

Marrakesz jest czarodziejski, magiczny bez dwóch zdań. Gwarantuje, że każdy kto do niego zawita będzie musiał się ze mną zgodzić. My spędziliśmy w nim trzy cudowne dni i cztery magiczne wieczory. I muszę napisać, że było nam mało...

JEMAA EL-FNA

Marrakesz to przede wszystkim plac Jemaa el-Fna. Niesamowite miejsce i przysłowiowa wisienka na torcie. Za dnia nie wyróżnia się niczym specjalnym. Plac jak każdy inny plac. Ruch samochodowy, gwar i kilku sprzedawców świeżo wyciskanych soków. O zmroku  przeistacza się on w zupełnie inne miejsce. Na Jemaa el-Fna czułam się jak w teatrze, trwał jeden wielki spektakl. Ok. godziny 18 na placu zaczęły rozkładać się garkuchnie. Z minuty na minutę było ich coraz więcej. Nad nimi unosił się dymek, a wokół nich zapachy. Oczywiście nie omieszkaliśmy spróbować specjałów serwowanych w tych barach. Najczęściej jedliśmy u Aischy (stoisko nr 1). Kelnerzy usadowili nas przy jednym z długaśnych stołów. Kurczak z frytkami, tażin czy bruschetta smakowały wyśmienicie. Ciekawym przeżyciem było też posmakowanie mega pikantnej herbaty serwowanej w stoisku nr 70 u Hassana, ale o tym więcej w poście o kuchni marokańskiej. Konsumpcji zawsze towarzyszył wszechobecny gwar i muzyka dobiegająca z innych zakątków placu. Dźwięk jest nieozowym elementem spektaklu odgrywającego się placu. Grup muzycznych, grajków, śpiewaków itp. przybywało z minuty na minutę. Wokół nich zbierały się tłumy gapiów. Czasem wszyscy razem śpiewali, a czasem tłum po prostu słuchał oczarowany. Na placu doświadczyliśmy różnych stylów muzykowania od rytmicznego bębnienia po gitarowe brzmienia. Przemieszczaliśmy się od muzyka do muzyka i wsłuchiwaliśmy w wygrywane przez niego (nich) rytmy. Bardzo chcieliśmy chłonąć jak najwięcej, ale na placu dzieje się tak dużo, że nie byliśmy w stanie ogarnąć wszystkiego.

niedziela, 4 maja 2014

Aït Benhaddou i do Marakeszu

Aït Benhaddou

Nasz ostatni dzień w Ouarzazate zaczęliśmy od wizyty w wypożyczalni Dune Car. Zależało nam na tym, aby móc przedłużyć wypożyczenie samochodu na dodatkowe dwie godziny. Bardzo, ale to bardzo chcieliśmy zobaczyć słynne Aït Benhaddou, a biorąc pod uwagę fakt, że autobus do Marrakeszu z Ouarzazate mieliśmy o godzinie 11:45, to dotarcie do ksaru autem było jedynym logicznym rozwiązaniem. Po krótkich negocjacjach z Dune Car mieliśmy samochód na dodatkowe dwie godziny za 150 dh. Można powiedzieć, że to dużo pieniędzy biorąc pod uwagę fakt, że cały dzień kosztował 350 dh, a grand taxi z postojem kosztowała jakieś 100 dh, ale dzięki temu mieliśmy całkowitą niezależność. Do Aït Benhaddou można dostać się też za pomocą grand taxi, ale w naszym przypadku była to opcja kosztowna - taksówkarz musiałby zaczekać na nas przy miasteczku, albo ryzykowna - musielibyśmy zdać się na szczęście i liczyć na to, że w Aït Benhaddou złapiemy taksówkę. Będąc już na miejscu wiedzieliśmy, że z łapaniem taksówek jest krucho i cieszyliśmy się, że jesteśmy tam wypożyczonym autem.

sobota, 3 maja 2014

Skoura i Dolina Dades

Skoura

Kolejny dzień znowu przywitał nas słoneczną pogodą. W planach była Skoura i Dolina Dades. Jak wspomniałam w poprzednich postach to właśnie Skoura była bazą wypadową D. i Ł.. Przysłowiowy dach nad głową znaleźli w kazbie-pensjonacie Nażiba. Jak tylko Wrocławianie wysiadali z busika turystycznego przyszły gospodarz obskoczył ich z każdej strony. Zapewne cynk o tym, że jest szansa na zarobek dostał od Mustafy z Merzougi. Marokańczyk zdobył zaufanie Wrocławian, oprowadził ich po gaju palmowym w Skourze, poopowiadał o tym i o tamtym, a przede wszystkim o swoim sklepiku z przyprawami. Przyprawy rzekomo pochodziły z jego ogrodu, który z dumą zaprezentował D. i Ł. Sprzedał też wieść o tym, że cała miejscowość zaopatruje się w przyprawy właśnie u niego. Cała nasza czwórka te opowiastki kupiła.

niedziela, 27 kwietnia 2014

W Dolinie Draâ

Przełęcz Tizi n'tinififft

Przed wyjazdem długo zastanawialiśmy się, którą dolinę zobaczyć - Dades czy Draâ. Koniec końców sprawa rozwiązała się sama - starczyło czasu na obie i całe szczęście, bo każda z nich byłaby nie do odżałowania.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Erg Chebbi, czyli piaski wokół Merzougi

Erg Chebbi

O godzinie 21:00 siedzieliśmy w autobusie linii Supratours do Merzougi położonej u podnóży wydm Erg Chebbi. Miejsca są numerowane, więc warto zwrócić uwagę, żeby nie kupić tych z numerami od 1 do 8. Są one najmniej komfortowe. Niestety kupując bilety nie byliśmy tego jeszcze świadomi, więc dwa z nich przypadły właśnie nam. O komforcie podróży nie było mowy. Gdy tylko autobus ruszył zaczęliśmy rozglądać się za lepszą miejscówką. Usadowiliśmy się na nowych miejscach wygodnie i zamknęliśmy oczy. Po jakiś 4 godzinach kierowca zrobił sobie przerwę w przydrożnym barze. Tradycją jest, że w Maroku autobusy robią chociaż jeden przystanek. Jest on zawsze wliczony w czas przejazdu. Ja postanowiłam wykorzystać ten moment na siusiu. Ustawiłam się w dość długiej kolejce. Zimno było strasznie. Ja, jak to ja, wyraziłam swoje niezadowolenie cichym "ja pierdzielę". Na co stojąca przede mną dziewczyna zareagowała słowami – to "ja pierdzielę" wszędzie poznam. W ten oto sposób poznaliśmy D. i Ł. z Wrocławia, z którymi spędziliśmy kilka następnych dni.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Fez... Co za dużo to niezdrowo

Fes - Bab BoujloudFes

W Fezie byliśmy pod wieczór. Na dworcu CTM zaczepił nas taksówkarz i zaproponował, że za 60 $ zawiezie nas pod najważniejszą bramę medyny, czyli Bab Boujloud. Uciekliśmy od niego tak szybko jak się dało. Po długich poszukiwaniach odpowiedniej taksówki dojechaliśmy do medyny za 15 dh. Trochę czytaliśmy o marokańskich, a w szczególności feskich o naganiaczach, ale Chefchaouen uśpiło naszą czujność. Weszliśmy w medynę, pierwsza myśl: nie jest tak źle. Nikt nas nie atakuje. Niestety po 5 minutach nastąpił atak zmasowany ze wszystkich stron. Naciągacze zauważyli, że mamy przewodnik Lonely Planet więc rzucali nazwy hosteli, które w nim polecają. Chodzili za nami, krzyczeli, nie chcieli odpuścić. Nie dało się nawet na chwilę przystanąć, żeby spojrzeć na mapę i pomyśleć gdzie dalej iść. Było ich mnóstwo. Po 10 minutach pobytu w tym mieście miałam już go serdecznie dość. Koniec końców zdecydowaliśmy się na "pomoc" jednego z nich. Za 5 dh miał nas doprowadzić do wybranego przez nas hotelu. Niestety po drodze do obranego celu wygadaliśmy się, że nie mamy zarezerwowanego w  noclegu, więc trafiliśmy… Bóg jeden wie gdzie. Naganiacz zaprowadził nas w jakiś ciemny zaułek z rozpadającymi się budynkami i próbował nam wmówić, że w jednym z tych budynków kiedyś był hotel, którego szukamy, ale wykupili go Francuzi i zlikwidowali. No cóż… Potem oczywiście zaprowadził nas do "swojego" riadu. Obiektywnie muszę napisać, że riad był zadbany i nie aż taki drogi jak się potem okazało. Nie skorzystaliśmy jednak z oferty. Byłam w tamtej chwili wkurzona, głodna i zmęczona. W końcu udało nam się samodzielnie znaleźć jeden z polecanych w Lonely Planet hoteli, czyli Dar Bouanania. Dość drogi i syfiasty. Następnego dnia uciekliśmy z niego. W tamtym momencie jakikolwiek znaleziony hotel był dla nas wybawieniem.

środa, 16 kwietnia 2014

Chefchaouen, czyli niebiesko mi

ChefchaouenChefchaouen

Nie ukrywam, że z tym miejscem wiązaliśmy duże nadzieje i absolutnie nie zawiedliśmy się. Przystanek CTM w Chefchaouen znajduje się 15-20 minut od medyny, cały czas pod górę, ale spokojnie można ten odcinek przejść na własnych nogach. Tak jak my. Po przekroczeniu bramy prowadzącej do medyny spodziewaliśmy się ataku naganiaczy, tym bardziej, że byliśmy jeszcze z dużymi plecakami. A tu guzik z pętelką – zero naganiaczy. Jeden ze sprzedawców widząc naszą dezorientację w terenie sam zaoferował pomoc. Trochę z nieufnością wysłuchaliśmy jego rad, a potem czekaliśmy na wyciągnięcie przez niego dłoni po dirhamy, ale nic takiego nie miało miejsca. Zaczęło się dobrze...

Nie mieliśmy zarezerwowanego hotelu więc na początek zaczęliśmy szukać noclegu. Zdecydowaliśmy się na Hotel Koutoubia – bardzo fajny i nieduży hotelik blisko głównego placu medyny. Przemiły właściciel, pyszne śniadanie serwowane na tarasie i komfortowe pokoje składają się na to, że z czystym sumieniem możemy polecić to miejsce. W hotelu zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na podbój miasteczka.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Z Tangeru do Chefchaouen

Tetouan

W Tangerze wylądowaliśmy o godzinie 19:00. Formalności na lotnisku trwały dość krótko, może dlatego, że wyszliśmy z samolotu jako jedni z pierwszych, przez co byliśmy na początku kolejki do kontroli paszportowej. Po kontroli wymieniliśmy ok. 100 euro na dirhamy (proponuję wymienić absolutne minimum, ponieważ kursy w kantorach na lotnisku są bardzo niekorzystne), a już chwilę później siedzieliśmy w taksówce do centrum Tangeru.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Kevelaer - przystanek w drodze do Maroka

W drodze do Maroka - Kevelaer

Godzina 3:15 - pobudka, szybki prysznic, kawa i w drogę. Prosto na dworzec kolejowy i do Bydgoszczy. Tym razem byliśmy w niej, można powiedzieć, tylko przejazdem. Było nam już dane gościć w tym mieście i na pewno do Bydgoszczy jeszcze wrócimy. Zaskoczyło nas nieco bydgoskie lotnisko – jest małe, bardzo małe. Dziennie odbywa się z niego jeden, czasem pewnie z dwa loty. Swoją drogą ciekawe czy lotnisko jest rentowne?

Prosto z tego naprawdę przyjemnego miasta polecieliśmy do Dusseldorf Weeze. Na lot z Weeze do Tangeru musieliśmy czekać 6 godzin. Oczywiście nie zamierzaliśmy tego czasu  marnować na zwiedzanie lotniska. Po krótkim rekonesansie, co i jak w okolicy, ruszyliśmy do pobliskiego Kevelaer.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Targowanie obowiązkowe

Fez - sprzedawca słodyczy

W Maroku zasada przy zakupie większości produktów czy usług jest prosta: kto się nie targuje ten traci. Czasem sporą sumkę. My próbowaliśmy się targować prawie wszędzie: z recepcjonistami w hostelach, ze sprzedawcami na soukach czy z taksówkarzami. Nie zawsze rezultaty były zadowalające (czasem nawet dawaliśmy się naciągnąć), ale zawsze warto próbować. Bywało, że w sklepach spożywczych lub barach ceny były z góry ustalone i nie było możliwości zbicia ich ani o pół dirhama.

Jak się targować? Oto kilka propozycji:

Rzecz o kuchni marokańskiej, czyli "dzień dobry kurczaczku" *

No cóż, aż wstyd się przyznać, ale z Maroka wróciło mnie jakieś 3 kg więcej. A to wszystko za sprawą kuchni marokańskiej. Tagine, cuscus, naleśniczki i ciacha towarzyszyły mi w tym kraju dosłownie każdego dnia. Na sama myśl o tych wszystkich pysznościach zaczyna mi ciec ślinka. Muszę jednak przyznać, że przez to pod koniec wyjazdu trochę tęskniłam za naszym tradycyjnym schabowych. No, ale wracamy na stół marokański...

sobota, 5 kwietnia 2014

Maroko praktycznie: Transport

Merzouga - grand taxi

Transport w Maroku jest rozwinięty nie gorzej niż w Polsce. Z Tangeru przez Rabat, Casablankę i Marrakesz, aż do samego Agadiru, dotrzemy całkiem dobrej jakości koleją. Pociągiem możemy także dojechać na północno-wschodnie wybrzeże, zatrzymując się po drodze w Meknes i w Fezie. Rozkład jazdy pociągów i ceny biletów znajdziecie na stronie www.oncf.ma. Nie ma możliwości kupna biletów przez internet.

Tam gdzie nie dojedziemy pociągiem, dojedziemy autobusem. W Maroku funkcjonuje dwóch głównych przewoźników autobusowych i dziesiątki mniejszych.