niedziela, 22 czerwca 2014

Kolejne wyzwanie - Tajlandia

Tajlandia - kraj, o którym praktycznie wszyscy nasi znajomi wypowiadają się w samych superlatywach, kusił nas niesamowicie. Długo szukaliśmy możliwości, aby dotrzeć do niego za stosunkowo nieduże pieniądze. W końcu udało nam się znaleźć świetną ofertę na serwisie loter.pl. Za 1450 zł polecimy z Warszawy do Bangkoku na przełomie stycznia i lutego 2015 r. liniami Ukraine International Airlines. Zanim się zdecydowaliśmy kupić bilety lekko się wahaliśmy, bo linie ukraińskie, bo przesiadka w Kijowie, a sytuacja na Ukrainie dość napięta, bo w Tajlandii przewroty polityczne. Jednak kto nie ryzykuje ten tanio nie lata. Poza tym płatność kartą kredytową ma tę zaletę, że jeśli coś pójdzie nie tak, zawsze jest chargeback, a godzinę policyjną w Tajaldii zniesiono, więc witaj przygodo. 

Przed nami niełatwe zadanie ułożenia wstępnego planu podróży. Na miejscu spędzimy 16 dni. Może uda się wyskoczyć do Angkor Wat w Kambodży? Fajnie by było. Jeśli macie jakieś własne doświadczenia i porady to piszcie w komentarzach - będziemy wdzięczni.

niedziela, 8 czerwca 2014

Porto - miasto winem płynące

Za post opisujący nasz pobyt w Porto biorę się już któryś raz z kolei, mam nadzieję, że tym razem uda mi się go zakończyć. Taki stan rzeczy jest zapewne wynikiem tego, że Porto dla mnie jest miejscem niezdefiniowanym. W związku z czym z trudem przychodzi mi jego opisywanie. No ale dosyć już biadolenia... Spróbuję...

Porto - Ribeira

Wylądowaliśmy w Lizbonie. Nasz plan zakładał, że ze stolicy Portugalii od razu uciekamy do Porto. Jak plan zakładał tak zrobiliśmy. W Porto byliśmy późnym wieczorem. Miasto przywitało nas niesamowicie oświetlonymi mostami dumnie wznoszącymi się nad rzeką Duoro. Zachęcało do tego, aby jak najszybciej znaleźć się w jego centrum. Niestety, gdy nasz autobus zaparkował, gdy już się z niego wygramoliliśmy i gdy ruszyliśmy uliczkami Porto do naszego hotelu, odczucia były mieszane. Stały się jeszcze bardziej mieszane gdy po zostawieniu bagaży w hotelu poszliśmy na rekonesans do najstarszej dzielnicy Porto - Ribeiry. Dzielnica wydała nam się opuszczona, niezamieszkana, obdrapana. Spacerując po jej ciemnych uliczkach czułam  się jak w filmie grozy. Pierwszego wieczoru nie spotkaliśmy w Ribeirze żywego ducha, no może prócz mendigo (bezdomni). Pierwszy bliższy kontakt z miastem okazał się niezbyt przyjemny. Jednak następne dni pokazały, że Porto może zachwycić. W świetle dziennym wszystko wyglądało inaczej. Polubiliśmy nie do końca zadbaną, ale niezwykle urokliwą Ribeirę. Polubiliśmy niesamowitą atmosferę panującą w mieście i za każdym razem, gdy odkrywaliśmy nowe dzielnice, winiarnie czy nowe widoki ze wzgórz, było już tylko wielkie "wow".

sobota, 7 czerwca 2014

Rabat i do domu

Rabat

Rabat zaskoczył nas przede wszystkim... cenami noclegów. Są kosmiczne. Za obskurne pokoiki żąda się drakońskich sum. Jest to dość dziwne, bo wszystko inne jest w Rabacie tańsze niż w pozostałych miastach. Cóż nam pozostało, płaciliśmy i "płakaliśmy". Ulokowaliśmy się w hotelu bardzo blisko medyny. Hotel nazywa się Majestic i choć bardzo daleko mu do 5 gwiazdek to ma odźwiernego. Dziwnie się czułam jak otwierał i zamykał nam/za nami drzwi. Do naszego przyszłego pokoju zaprowadził nas recepcjonista. Zaprezentował nam go z pełną dumą. Pokój jak pokój nic specjalnego i niestety był problem z ciepłą wodą. Zdecydowaliśmy się jednak na niego, ponieważ był to już któryś z kolei hotel, w którym byliśmy i w porównaniu z poprzednimi był dość zadbany. Recepcjoniście daliśmy paszporty i myśleliśmy, że to wszystko. On jednak nie zamierzał opuścić pokoju, stał tylko i głupkowato się uśmiechał. Spojrzeliśmy się na niego pytająco, na co Marokańczyk łamaną angielszczyzną próbował nam powiedzieć, że chce napiwek. Brzmiało to mniej więcej tak: "czip, czip". Za Chiny bym nie wpadła, że chodzi mu właśnie o napiwek, czyli "tip". Widząc, że nie rozumiemy przekartkował nasze paszporty, które mu daliśmy, dając nam w ten sposób znać, że nie ma w nich pieniędzy. Następnie wypowiedział magiczne słowo - euro. Pokręciliśmy przecząco głowami. Napiwek mu się zdecydowanie nie należał. Zaprowadził nas do pokoju i tyle. Gdybyśmy każdemu płacili za taką usługę już w ciągu pierwszego tygodnia pobytu skończyłyby się nam pieniądze. Był ewidentnie niezadowolony. No cóż, w Maroku uczyliśmy się asertywności cały czas. Bez wątpienia się tam przydaje.