poniedziałek, 28 lipca 2014

Poszukiwania słońca w północnych Włoszech

Wakacje, Austria, góry. Miało być słonecznie-bajecznie, ale niestety nie zawsze było. Kiepska pogoda w austriackim Tyrolu zmusiła nas do szukania słońca gdzie indziej - padło na północne Włochy. W ten sposób ratowaliśmy się przez 2 dni. Z samego rana pobudka i w stronę wyższych temperatur. Pierwszy dzień spędziliśmy w Merano oraz Bolzano. Jednak zanim słońce się ukazało, mieliśmy do pokonania wysokogórską przełęcz Timmelsjoch. Było na tyle zimno, że aż pytaliśmy miejscowych czy ze względu na opady śniegu przełęcz nie jest zamknięta - zapewniali że nie, więc dawaj w górę. Wspinaliśmy się wyżej i wyżej, a roztaczające się widoki, nawet w smugach deszczu (z odrobiną śniegu) były niesamowite. Od czasu do czasu robiliśmy sobie przystanki, żeby nacieszyć oko i zobaczyć do kryje się w przydrożnych budkach. Okazało się, że niewielkie budynki pełnią funkcję mini muzeów. Na samej przełęczy znajduje się "muzeum centralne", czytaj największe. Co się w budkach znajduje? Przede wszystkim zdjęcia przedstawiające przełęcz i historię budowy trasy. Potem jechaliśmy już tylko w dół. Powolutku ponieważ droga jest bardzo kręta i wąska, a w tamtym momencie dodatkowo śliska.

Z Timmelsjoch do Bolzano
Timmelsjoch

Pierwszy dłuższy postój zrobiliśmy w Merano. Jest to po prostu przyjemne, zadbane miasteczko uzdrowiskowe z niewielką starówką. Jednak bez przysłowiowego "wow". Lekko zatłoczone aczkolwiek ten tłum turystów nam nie przeszkadzał. Cieszyliśmy się, że nie pada. Było ciepło, jednak słońce cały czas chowało się za chmurami. Pokręciliśmy się po tej niewielkiej starówce i bulwarze nad rzeką, zjedliśmy lody i ruszyliśmy w stronę Bolzano.

Bulwary w Merano
MeranoMerano

Jedną z atrakcji Bolzano, a właściwie jego okolic, jest założone przez Reinholda Messnera (jeden z najwybitniejszych himalaistów w historii) muzeum. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli możliwość zobaczyć cuda zebrane w jego zbiorach to gorąco polecam. Najlepiej to co w tym muzeum zobaczyliśmy, obrazuje wypowiedź jego twórcy: "To nie jest muzeum sztuki czy natury. Moją ideą było pokazanie tego, jak kontakt z górami wpływa na człowieka. Chciałem, by przychodzili tu ludzie pragnący zrozumieć znaczenie gór. Zawsze powtarzałem, że alpinizm to nie wyłącznie sport czy przygoda, że ma on także bazę kulturową."


Messner Mountain Museum - Bolzano
Messner Mountain Museum - BolzanoMessner Mountain Museum - Bolzano

Muzeum ma swoją siedzibę na zamku Sigmundskron. W wieżach, piwnicach i na dziedzińcu rozstawione zostały posążki bożków czy też figurki zwierząt przywiezione przez założyciela muzeum, m.in. z Nepalu. We wnętrzach zamku znajdują się także wystawy poświęcone himalaistom i ekspozycje sprzętu wspinaczkowego. Magiczne miejsce w szczególności dla osób, które kochają góry i wszystko to co z nimi związane. Spacerując po zamku przenieśliśmy się w inny świat, świat nam nieznany, świat który zachęca do tego, aby stać się jego częścią. Reinhold Messner pokazuje w muzeum piękno gór oraz ich drapieżność i nieubłagany koniec dla każdego, kto nie zaakceptuje rytmu, którym góry "żyją". Jeszce raz gorąco polecam to miejsce. Dodam, że pomimo tego, że w zamku są bardzo cenne eksponaty, absolutnie nikt tego nie pilnuje. Chodziliśmy sobie wzdłuż i wszerz i podziwialiśmy zbiory zebrane w zamku. Muzeum jest strzałem w dziesiątkę.

Messner Mountain Museum - Bolzano
Messner Mountain Museum - BolzanoMessner Mountain Museum - Bolzano

Bolzano to także eleganckie kamieniczki, brukowane alejki, fontanny, pomniki i górujące nad tym wszystkim Dolomity widoczne z każdej strony! Po prostu raj na ziemi. Zarówno w Bolzano jak i w Merano czuliśmy, że jedną nogę jesteśmy we Włoszech, a drugą jeszcze trochę w Austrii. Na ulicach mieszał się włoski z niemieckim, wszędzie panował porządek (we włoskich miastach nie zawsze spotykany), w restauracjach mieszanka tego co w kuchni włoskiej i austriackiej najlepsze. Co jest tego przyczyną? Tak naprawdę nie byliśmy ani we Włoszech ani w Austrii. Byliśmy po prostu w Południowym Tyrolu (Südtirol), który kulturowo jest gdzieś pomiędzy tymi krajami. Tutaj niemiecka tradycja, język i kultura przetrwały mimo upływającego czasu i funkcjonują współtworząc ze wszystkim tym co włoskie niepowtarzalny klimat. Błądziliśmy bez celu po miasteczku zachwycając się i widokami i architekturą. Z Bolzano do Huben w dolinie Ötztal wróciliśmy późnym wieczorem. Zmęczeni i zadowoleni z udanego wypadu.

Bolzano
BolzanoBolzano

Kolejny dnień z serii włoskich wypadów upłynął pod znakiem Lago di Garda. Bardzo, ale to bardzo, zależało nam, żeby zobaczyć zachwalane zewsząd jezioro. Zapewniam, że nie przesadzają ci, którzy twierdzą, że nad jeziorem jest rajsko. Jadąc wzdłuż zachodniego brzegu jeziora, co rusz robiliśmy sobie przerwy, aby delektować się widokami. W niektórych miejscach zatrzymywaliśmy się na dłużej. Wyskakiwaliśmy z samochodu i wtapialiśmy się w tłum. Było chyba z 30 stopni, zapełnione kawiarnie i restauracje, gwar, błękitne niebo i niesamowity kolor jeziora - jest to mieszanka, za którą tęsknię. Pierwszym punktem była Riva del Garda - wietrzna miejscowość położona na północnym krańcu jeziora. Piękne uliczki otoczone wysokimi górami robiły niezapomniane wrażenie. Przez częste porywy silnego wiatru na północnym krańcu jeziora, miasteczko jest też mekką windsurferów.  Można też wybrać się w rejs stateczkiem wycieczkowym po jeziorze - do wyboru pętelki lub rejs do innej miejscowości. Szkoda, że jak zwykle nie mieliśmy na to czasu.

Lago di Garda - Riva del Garda
Lago di Garda - Riva del Garda
Lago di Garda - Riva del GardaLago di Garda - Riva del Garda

Jadąc dalej zatrzymaliśmy się jeszcze w Limone sul Garda i Sirmione. Obie miejscowości niezwykle urokliwe. Pierwsza z nich okazała się królestwem słodkich likierów owocowych - poczyniliśmy małe zakupy. ;-) Tutaj też chyba było najwięcej ludzi. Turyści byli wszędzie, z lewej,  z prawej, gdziekolwiek bym nie spojrzała ludzie. Bywało, że musieliśmy się przeciskać między nimi. Ten mały minus został jednak zrównoważony przez urok miasta i niepowtarzalny klimat jaki w nim panuje.

Lago di Garda - Limone sul Garda
Lago di Garda - Limone sul Garda
Lago di Garda - Limone sul Garda
Lago di Garda - Limone sul Garda

Pamiętam, że za Limone odbiliśmy trochę od brzegów jeziora i pojechaliśmy w górę, aby dotrzeć do punktu widokowego na jezioro. Po drodze trafiliśmy do malutkiej i urokliwej wioseczki o nazwie Pieve, w której postanowiliśmy się posilić. Nie było zbyt dużego wyboru jeśli chodzi o restauracje. Po prostu była jedna. Weszliśmy do środka. Typowo włoska, absolutnie nie nastawiona na turystów. Pizza wypiekana w piecu opalanym drewnem brzmiała kusząco. Właścicielka mówiła tylko po włosku. My nie. Jakoś jednak udało się nam porozumieć. Niestety nie zjedliśmy tam nic. Mąż starszawej właścicielki chwilę wcześniej pojechał po świeże składniki do pizzy - po prostu skończyły się. Trzeba by było czekać ponad godzinę aż wróci. Może było warto? Kawka, herbatka, cola i w dalszą drogę.

Lago di Garda - Pieve

Kontakt z jeziorem zakończyliśmy na miejscowości, o której wcześniej tylko wspomniałam, czyli Sirmione - miasteczku, które jest ulokowane na długim, wąskim półwyspie. Woda o wyjątkowo intensywnej turkusowej barwie, stare kamienne budowle ze słynnym zamkiem na wodzie na czele (który był już zamknięty na cztery spusty) i kwiaty, całe mnóstwo kwiatów dookoła. Byliśmy tam już trochę za późno, bo słońce nie dochodziło już do wszystkich urokliwych placów, uliczek i mniejszych zakątków.

Lago di Garda - Sirmione
Lago di Garda - Sirmione
Lago di Garda - SirmioneLago di Garda - Sirmione

Tego dnia dotarliśmy aż do Werony. Przed samym nosem zamknęli nam bramę prowadzącą na słynny dziedziniec z balkonem Juli i Romea. Jak pech to pech. Było już późno, bardzo późno, a czekał nas jeszcze ponad 3 godzinny powrót do kwatery w Austrii. Werona jakoś specjalnie nie powaliła mnie na kolana. Miasto jak miasto. Być może był to efekt zmęczenia, bo Wojtek, będąc tam wiele lat wcześniej, odniósł zupełnie inne wrażenie. Cały dzień,  jakby nie było, intensywnego zwiedzania w upale dał się wieczorem we znaki. Jak sobie teraz myślę, to chyba zrezygnowałabym z tej Werony i więcej czasu spędziła nad Gardą w Sirmione.

Werona

Tak zakończył się nasz jednodniowy wypad nad jezioro Garda. Jechać tam bez noclegu to było trochę szaleństwo, ale co zobaczyliśmy to nasze ;-). Zdecydowanie jest to jedno z tych miejsc gdzie spokojnie można spędzić z tydzień albo więcej, a będzie jeszcze niedosyt.

PRAKTYCZNIE:

Główne atrakcje:
  • Messner Mountain Museum Firmian (link) - Siedziba w zamku Sigmundskron kilka km od Bolzano. Otwarte od pierwszej niedzieli marca do ostatniej niedzieli listopada od 10:00 do 18:00. Bilet normalny - 9 euro.
  • Miasta i miasteczka: Merano, Bolzano, Arco, Riva del Garda, Limone sul Garda, Sirmione, Verona.
  • Drogi widokowe: droga nr 186 (AUS) / SS44bis (ITA) przez przełącz Timmelsjoch, autostrada nr A13 / A22 przez przełęcz Brenner. Obie dodatkowo płatne. Droga przez przełęcz Timmelsjoch otwarta tylko w sezonie letnim od 7:00 do 20:00!

4 komentarze

  1. Wspaniałe widoki są we Włoskich górach, można się w nich zakochać. Mi najbardziej podoba się tamtejszy Park Narodowy Gran Paradiso. Rozciągają się tam malownicze doliny. Naprawdę, warto zobaczyć to na własne oczy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście widoki są niesamowite...do Italii na 100% kiedyś wrócimy.

      Usuń
  2. Bardzo ciekawa relacja z podróży, szkoda trochę, że nie zawsze pogoda Wam sprzyjała, ale niestety czasem tak bywa. A co do Twojego wpisu, to na pewno w przyszłości chciałabym odwiedzić miasteczko Sirmione - na zdjęciach wygląda bardzo malowniczo i ciekawie - może kiedyś uda mi się zobaczyć je na własne oczy ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sirmione jak i całe Lago di Garda bardzo polecamy, aczkolwiek warto tam spędzić więcej niż jeden dzień. Co do samego Sirmione to zdecydowanie korzystniej wygląda w południowym słońcu.

      Usuń