wtorek, 29 października 2019

Marvao, Alentejo ciąg dalszy


Na Marvão mieliśmy ogromną chrapkę. Opowieści o tym miejscu, plus zdjęcia, nakręciły nas maksymalnie. Była jednak spora obawa, że nasze plany pokrzyżuje pogoda. Drugi dzień pobytu w Alentejo, a tu leje i leje. Nic tylko przykryć się kocem się i zasiąść przez telewizorem. Tak też zrobiliśmy. Do 14 byliśmy uziemieni. Czekaliśmy. Na szczęście zza chmur pomału zaczęło wyłaniać się słońce. Nie tracimy czasu. Załadowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w stronę jednej z najstarszych osad w Portugalii - Marvão. Historia tego miejsca zaczęła się setki lat temu. Przez Marvão przewinęli się Rzymianie, Wizygoci, Maurowie czy właśnie Portugalczycy. No i oczywiście my.


Marvão położone jest na szczycie wzgórza górującego nad okolicą. Jest niewielkie. Niewielu też spotykamy turystów. W szczycie sezonu zapewne jest większy ruch. Podczas naszej wizyty jednak było spokojnie. Spacerowaliśmy powolutku po uroczych, wybrukowanych uliczkach ukrytych między bielonymi domami z czerwonymi dachami. Panował błogi spokój. Ruch samochodowy był równy zeru, brak głośnej muzyki, gwaru i harmidru. Od czasu do czasu mijaliśmy restauracje, w których bez problemu moglibyśmy usiąść i skosztować czegoś pysznego. Na jedzenie jednak nie byliśmy nastawieni. Czasu mieliśmy niewiele, bo późno zaczęliśmy, a do zobaczenia było sporo.


Odkrywaliśmy Marvão i jego zabytki, zaliczając oczywiście jedyny w miasteczku plac zabaw. Tradycyjnie nie wchodziliśmy do wszystkich napotkanych muzeów, kościołów, itp. Wybraliśmy dwa miejsca, do których zdecydowaliśmy się wejść (dodam, że wybór był niewielki). Pierwsze to muzeum i kościół Santa Maria w jednym, a drugie to oczywiście zamek.

Średniowieczny kościołek jest malutki, aczkolwiek jak wyżej wspomniałam znalazło się w nim miejsce na muzeum. Stanowi ono szybką przebieżkę po historii regionu od paleolitu po ostatnie stulecia. Fajna sprawa, ale... hitem bez wątpienia był zamek, a właściwie to co z niego zostało. Zanim do niego trafiliśmy krążyliśmy po ogrodach. Królują w nich pieczołowicie popodcinane żywopłoty. Olaf miał nie lada frajdę z biegania po ogrodowych ścieżkach. On biegał, a my skorzystaliśmy z okazji i zrobiliśmy chwilowy przystanek na ławce, by już za chwilę kupić bilet wstępu na największą atrakcję Marvão - zamek.


Jego mury wzniesione zostały w średniowieczu. Wikipedia podaje, że był to XIII wiek. Z racji swojego położenia był, jest zresztą do dziś, świetnym punktem obserwacyjnym. Roztaczający się z jego murów widok jest zaprawdę zacny, a tych zachowało się sporo, więc jest gdzie spacerować. Miejsce rewelacyjne, zresztą jak całe Marvão.

W tej niewielkiej miejscowości, której nazwa nota bene pochodzi od mauretańskiego władcy Marvão Ibn Marwana (VIII w.), czas spędziliśmy cudownie. Generalnie całe wschodnie Alentejo nas zachwyciło. Przede wszystkich naturalnością, nienachalnością, niekomercyjnością, czyli tym wszystkim czego szukamy podróżując po świecie. Nawet chwilowe załamanie pogody nie przeszkodziło nam w pozytywnym odbiorze Marvão czy Castelo de Vide.

Region Alentejo polecam tym wszystkim poszukiwaczom Portugalii nieoczywistej. Wydaje mi się, że co najmniej dwa miasteczka są obowiązkowymi punktami dla tych wszystkich, którzy chcą zasmakować tej "prawdziwej" Portugalii. Piszę "co najmniej" ponieważ ciekawych miejsc jest tu zdecydowanie więcej - w tym stolica regionu, Evora, o której opowiem w kolejnym poście, nie wspominając już o wielu miasteczkach wielkości Castelo de Vide. My byliśmy zachwyceni.


Brak komentarzy

NAPISZ COŚ