Węgry

Tak jak nigdy nie wejdziesz dwa razy do tej samej rzeki, tak nigdy nie znajdziesz się drugi raz w tym samym miejscu. Świat ewaluuje, zmienia się. Z reguły na lepsze i z reguły jeszcze bardziej zachwyca. Dokładnie tak było z Węgrami. Pierwszy raz odwiedziliśmy ten kraj, a dokładnie Budapeszt, w 2013 r. (link). Tak nam spodobało się to miasto, że postanowiliśmy do niego wrócić, co oczywiście zrobiliśmy w czerwcu tego roku. Zdumiały nas zmiany jakie dokonały się w stolicy Węgier. Zdecydowanie wypiękniała i wciągnęła nas jeszcze bardziej.

Oczywiście Węgry to nie tylko Budapeszt. I postaramy się Wam ten fakt uzmysłowić krótkim relacjami z Egeru i Szetendre, które udało nam się zobaczyć. Na Węgry zamierzamy wrócić w póki co bliżej nie określonej przeszłości więc mam nadzieję, że będziecie mieli okazję przeczytać relację z nadbalatońskich mieścinek czy okolic, gdzie na stolach króluje Tokaj.

JAK DOJECHAĆ/DOLECIEĆ:

Węgry są niby blisko Polski, ale dla mieszkańców Trójmiasta, suma summarum, daleko. Brak bezpośredniego połączania lotniczego robi niestety swoje. Żeby poszło w miarę sprawnie najlepiej wsiąść w samolot, pendolino czy polskiego busa do Warszawy, a stamtąd Wizzair'em dostać się do Budapesztu. 

My w stronę Warszawy wybraliśmy opcję autobusową. Ze stolicy do Gdańska wracaliśmy z kolei samolotem.

Polski Bus kosztował nas 30 zł. Wszystko planowo, elegancko - jak to w polskim busie. Wypracowali pewne standardy i się ich trzymają. Bilet z Modlina do Gdańska kosztował nas 19 zł, ale dorzucić do tej kwoty trzeba cenę biletu na modliński autobus. Tak więc wyszło nam ok. 30 zł. i sporo więcej czasu niż się spodziewaliśmy.

Porównując pendolino, samolot i Polskiego Busa bezapelacyjnie wygrywa pendolino. Szybko i wygodnie. Jedynym minusem jest cena, ale jak uda się upolować bilet za 49 zł to w sumie tragedii nie ma. Od czasu do czasu można zaszaleć.

Polski bus to o ok. 1,5 h dłuższa jazda plus 20 minut dojazdu metrem do centrum, ale i cena niższa. Przy dobrych wiatrach można kupić bilet za 2 zł. Dobra i tania opcja.

Podróż samolotem z Modlina do Gdańska okazała się najbardziej męcząca i generalnie nie taka tania. Do 19 zł trzeba dorzucić minimum 9 zł za Modlin Bus plus ewentualną opłatę za bagaż rejestrowany. Sam lot trwa ok 40 minut, ale do tych 40 minut trzeba dorzucić drugie tyle jazdy Modlin Busem. No i musimy być na lotnisku minimum 40 minut przed godziną odlotu (realnie nawet więcej bo lotnisko w Modlinie jest zatłoczone). Tak więc ponad 2,5 godziny musimy liczyć jak nic. No i komfort podróży... W porównaniu z pendolino, czy nawet polskim busem dosyć kiepski. Przesiadki, kontrole bezpieczeństwa, start, lądowanie... Podsumowując samolot najmniej przypadł nam do gustu. Pendolino rządzi i dzieli.... tylko ta cena :-(

WALUTA/CENY:

O dziwo wizyta w 2015 r okazała się tańsza od tej w 2013 r. W Budapeszcie ceny nie specjalnie wzrosły, a cena waluty spadła. W 2013 r. za forinta płaciliśmy ok. 1,6 zł, a w czerwcu tego roku ok. 1,3 zł. Dodam, że w mniejszych miastach, miasteczkach jest taniej niż w stolicy. Za dwudaniowy obiad w barze bistro w Egerze zapłaciliśmy ok. 12-13 zł. W lepszej restauracji regionalnej ok. 25 zł. Węgry są według nas tanim krajem, może nawet tańszym niż Polska (porównując stolicę do stolicy, a mniejsze miasta do swoich odpowiedników w Polsce).

NOCLEGI:

Noclegi są raczej niedrogie. Oczywiście w zależności od tego jakich warunków oczekujemy. W Egerze wynajęliśmy pokój za ok. 100 zł, w Budapeszcie koszt był podobny, z tym że nocleg w stolicy Węgier pozostawiał sporo do życzenia.

KUCHNIA:

W kuchni węgierskiej się zakochałam. Nie jest ona dla tych na wiecznej diecie. Co to, to nie! Raczej tłusta. Choć podobno wszędobylska papryka niweluje niechciane efekty związane z używaniem smalczyku. Na Węgrzech oczywiście króluje gulasz (zupa), perkelt (polski gulasz) i generalnie wszelkie odmiany mięsa duszonego z cebulką i papryką zasmażoną na smalczyku. Ale nie tylko. Węgry to także leczo, czyli coś dla wegetarian. To mój ukochany langosz (placek mączno-ziemniaczany cholernie tłusty, ale pyszny). To słodkości, czyli (uwaga!) marcepan, tort Dobosza (mi nie przypadł aż tak do gustu), Kürtőskalács'e (czyli spotykane ostatnio w Polsce ciastka z dziurą)  czy przeróżne wariacje naleśników.

Te pyszności popija się oczywiście winem, kawą (Węgrzy mają bardzo dobre, mocne kawy), albo popularnym u naszych bratanków piwem Soproni.

Jako ciekawostkę dodam, że wino często zagryza się chlebem ze smalcem oraz cebulką, oprószonym oczywiście papryką, a naj, naj perkelt jest z mięsa szarych krów.


Na Węgrzech spędziliśmy niepełne 5 dni, z czego 2 dni w Egerze, a pół niedzieli w Szentendre.

Zapraszam do czytania relacji podzielonej na 3 posty i komentowania...
  1. Eger
  2. Szentendre
  3. Budapeszt

Brak komentarzy

NAPISZ COŚ