niedziela, 9 lutego 2020

Madaba i jej okolice


W Jordanii, a konkretnie w Ammanie lądujemy dość późno. Teraz czas na ogarnięcie formalności. Jednym z pierwszych zadań jest zaopatrzenie się w jordańskie dinary. Kurs wymiany zwala z nóg, ale jak mus to mus - kupujemy tylko tyle ile potrzebne na wizę dla Olafa i przeżycie pierwszego dnia. No właśnie... aby oficjalnie dostać się na terytorium Jordanii potrzebujemy wiz. Dwie wjazdówki kupiliśmy przez Internet, mam tu na myśli Jordan Pass. Brakuje nam jeszcze jednej. Kolejka jest niemiłosiernie długa i nie idzie wcale gładko. Jakoś się udało. Pozostała wypożyczalnia samochodów i... witaj przygodo.

Na pierwszy ogień idzie Madaba. Oddalone o 40 km od Ammanu miasto wydało nam się idealne na początek. Przede wszystkim ze względu na bliskość lotniska. I w rzeczy samej było. NIe tylko z powodu bliskości lotniska.

W hotelu meldujemy się ok. 22:30. Późno. Jesteśmy zmęczeni, głodni, ale też zadowoleni, że nie musieliśmy jechać na drugi koniec Jordanii. Miasto na pierwszy rzut oko nie robi na nas wrażenia. Obsługa hotelu natomiast wręcz przeciwnie. Wszyscy są uśmiechnięci i pomocni.

Olaf odpływa bardzo szybko. Nie ma co się dziwić. To nie był dla niego łatwy dzień. Dojazd do Warszawy, kilkugodzinny lot, formalności na lotnisku, dojazd do Madaby - dużo tego jak na tak małego człowieka. My natomiast umieramy z głodu. Wojtek jak to Wojtek, decyduje się na mały, wieczorny rekonesans i niespodziewanie wraca z szamką. Shoarma, frytki i kiszone warzywa wydają się idealnie gasić łaknienie.


W Madabie mamy zaplanowane 2 noclegi (jeden pełny dzień zwiedzania). Większość turystów przyjeżdża do tego bardzo, bardzo starego miasta, aby zobaczyć mapę mozaikową, przejść się kilkoma uliczkami starego miasta i jedzie dalej. My oczywiście tego też sobie nie odmawiamy, aczkolwiek nie z mozaikami mi się to miasto dziś kojarzy.

Zaczynamy jak większość turystów od wyżej wspomnianej mozaikowej mapy. Zajmuje ona fragment posadzki w prawosławnej bazylice św. Jerzego, a cudo to można zobaczyć za 1 JD (tj. ok. 6 zł). Nie trudno odgarnąć, w którym miejscu mozaika się znajduje. Tylko w jednym miejscu zbiera się zdecydowanie więcej turystów. Dołączamy rzecz jasna do nich. Mamy szczęście, w kościele nie ma tłumów. Na spokojnie przyglądamy się misternie wykonanej mapie Ziemi Świętej datowanej na VI wiek, a w zasadzie jej fragmentowi od Libanu po deltę Nilu. Kolory, dokładność wykonania i sam fakt, że przetrwała ona ok. 1500 lat robi wrażenie. Wizyta w bazylice nie trwa długo. Poza słynną mapą, znajduje się tam kilka ikon, którym poświęcamy tylko chwilę i ruszamy dalej.


Nie mamy konkretnego planu na Madabę. Wybraliśmy to miejsce na początek podróży, żeby się spokojnie oswoić z Jordanią, a nie ma do tego lepszego miejsca. Miasto jest na tyle małe, że liczymy na nasz zmysł podróżniczy. :) I nie przeliczamy się. Zupełnie przypadkiem trafiamy do mozaikowego królestwa, czyli do dużego stanowiska archeologicznego, gdzie odkryto pozostałości tzw. Spalonego Pałacu (Burnt Palace), Sali Hippolytosa i Kościoła św. Męczenników z VI w. n. e. O dziwo nikt nie sprawdza biletów, a nawet jakby ktoś sprawdzał to wstęp jest "darmowy" dla posiadaczy Jordan Pass.


Po ruinach kompleksu poruszamy się wyznaczonym szlakiem. Sporo jest już zrobione, ale widać, że można zrobić więcej. Generalnie zamysł jest fajny. Turystów niewielu, tj. my plus dwójka Anglików z przewodnikiem. Zaczynamy od Spalonego Pałacu. Można w nim oglądać naprawdę duże połacie mozaiek przedstawiających sceny polować. To co najciekawsze znajduje się jednak w Sali Hippolytosa, gdzie szczegółowo przedstawiono w sposób spersonifikowany trzy najważniejsze rzymskie miasta - Rzym, Gregorię i Madabę. Osobiście uważam, że w kompleksie można podziwiać zdecydowanie ciekawsze mozaiki niż w bazylice św. Jerzego - rozumiem jednak, że tamte są po prostu cenniejsze dla historii świata. Obchód kompleksu nie trwa długo, co nie znaczy, że nie było warto. Ruszamy w miasto...

Nie jest ono specjalnie piękne. Raczej przeciętne. Ruch turystyczny skupia się na 2-3 uliczkach. Musze przyznać, że są one bardzo uporządkowane. A sprzedawcy nadzwyczaj uprzejmi i nienachalni. Spaceruje się miło i przede wszystkim spokojnie. Sprzedawcy nie są nami zainteresowani. Pisząc nami nie mam na myśli Olafa. Niestety dla naszego syna ten wyjazd nie będzie łatwy. Jordańczycy są nim oczarowani, co niestety nie podoba mu się.


Spacerując po centrum Madaby trafiamy na najlepszą kawę z kardamonem w całej Jordanii. Miejsce nazywa się Petra Cafe. "Barista" to prawdziwy magik. Kawa jest cudowna. Tak dobra, że na zakończenie jordańskiej wycieczki zajeżdżamy do Madaby głównie po to, aby po raz ostatni móc jej się napić. Niezwykle miłe było to, że właściciel kawiarni nas pamiętał, a w podzięce za to, że do niego wróciliśmy, przyjął nas nadzwyczaj gościnnie.

Nogi niosą nas też do kościoła św. Jana Chrzciciela, w którym jednym z pierwszych proboszczów był Polak, o czym dowiadujemy się podczas kupna biletów. Panowie bileterzy reagują bardzo entuzjastycznie na informację, że jesteśmy z Polski. Wyciągają książkę, tłumaczą, pokazują zdjęcia, a na zdjęciach oczywiście naszego rodaka. Kościół ma nieco ponad sto lat, więc nie jest może najcenniejszym zabytkiem Madaby, ale jest urokliwym. Wejściówka do niego kosztuje 1 JD, a w zamian otrzymamy zwiedzanie kościoła i mini-muzeum przedstawiającego historię miasta oraz możliwość wejścia na dzwonnicę, z której roztacza się panorama na całe miasto. Choćby dla tej panoramy warto poświęcić kilka chwil na ten kościół.


Kościół św Jana był w sumie ostatnim zabytkiem w Madabie, który zwiedzamy. Mogliśmy się jeszcze pokusić o Park Archeologiczny czy np. Kościół Apostołów, ale nigdy nie mieliśmy ciśnienia na zobaczenie każdej atrakcji w danym mieście.

Kręcimy się po mieście. Wszyscy są bardzo pomocni, bardzo uprzejmi i głównie z tego zapamiętamy Madabę. Pierwsze skojarzenie to nie mozaiki, które bez wątpienia są wyjątkowe, ale ludzie - pomocni, uśmiechnięci, przemili i kawa - oczywiście numer 1 w Jordanii.



DOOKOŁA MADABY


Wczesnym popołudniem decydujemy, że czas na mały-niemały objazd okolicy. Przed podróżą na wielu blogach czytaliśmy o miejscu zwanym Mukawir (Macheront). Wiedzieliśmy, że są to "jakieś" ruiny "jakiegoś" pałacu, pięknie położone pomiędzy dwoma dolinami, gdzie jedną z nich przebiega słynny kanion Mujib. Wyczytaliśmy również, że można stąd dojechać nieprawdopodobnie stromą drogą nad brzeg Morza Martwego. Wszystkie te informacje znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. "Jakieś" ruiny okazały się ruinami fortecy Heroda Wielkiego, które najprawdopodobniej były również miejscem męczeństwa i ścięcia św. Jana Chrzciciela, tak więc mają niespełna 2000 lat - nie byle co. Widoki ze wzgórza na którym są położone również niczego sobie - można stąd dostrzec tafle wody Morza Martwego, jego izraelski brzeg i niesamowitą panoramę okolicznych gór i dolin. Miejsce zdecydowanie warto odwiedzin.


Jadąc dalej dotrzemy nad brzeg Morza Martwego - na dystansie 30 km pokonujemy 1200 m przewyższenia. Faktycznie miejscami droga jest stroma, aczkolwiek jest bardzo dobrej jakości i oznakowania. Osoby hamujące silnikiem absolutnie nie mają się czego obawiać, a widoki wynagradzają przebytą drogę. Samo Morze Martwe? Nie zrobiło an nas większego wrażenia. Może to kwestia mglistej aury, którą zastaliśmy na dole. Po stronie Jordańskiej brakuje miejsc, gdzie można by było zejść na brzeg (oprócz oczywiście plaż hotelowych w północnej części). Udało nam się znaleźć tylko jedno takie miejsce kilka dni później. Dróżkę do białego brzegu, wiodącą po gliniastym i śliskim gruncie, udało się odnaleźć dzięki... śmieciom. Z kąpieli leczniczej nie skorzystaliśmy - nie to miejsce, nie ten czas.


Na koniec pętli skierowaliśmy się w kierunku Góry Nebo, z której to Mojżesz miał dojrzeć Ziemię Obiecaną i zakończyć żywota. W naszym przypadku mglista aura uniemożliwiłaby dojrzenie tego samego, a tłum turystów, który opuszczał autokary zaparkowane wzdłuż drogi, też by tego nie ułatwiał. Z pełną świadomością zrezygnowaliśmy z wysiadki w tym miejscu.

I na tym skończyła się nasza przygoda z okolicami Madaby. Niewątpliwie pięknymi widokowo, niewątpliwie ciekawymi pod względem historycznym. Może pogoda nie pozwoliła nam w pełni odczuć tego piękna, ale i tak warto zrobić sobie podobną wycieczkę. Z ciekawych miejsc warto odnotować jeszcze największą atrakcję w okolicy, czyli Kanion Mujib, jednakże ze względu na poziom wody, jest on dostępny od 1 kwietnia do 31 października. Była to pierwsze miejsce z kategorii "must see", którego nie udało nam się odwiedzić podczas podróży po Jordanii. Jak się później okazało - nie ostatnie.

PRAKTYCZNIE


Co zobaczyć w Madabie? 
  • Grekokatolicka bazylika św. Jerzego (Greek Orthodox Basilica of Saint George) - Świątynia, w której znajduje się najstarsza zachowana mapa Ziemi Świętej. Precyzyjnie wykonana mozaika przedstawiała tereny od dzisiejszego Libanu do Delty Nilu i od Morza Śródziemnego po Pustynię Arabską. Do dziś zachowały się głównie fragmenty przedstawiające Jerozolimę, Jerycho i Morze Martwe. Dzisiejsza bazylika św. Jerzego powstała w miejscu dawnej świątyni bizantyjskiej. Bazylika otwarta jest dla zwiedzających codziennie od 8:00 do 16:30, a bilet wstępu kosztuje 1 JD.
  • Muzeum Archeologiczne - Duże stanowisko archeologiczne obejmujące m.in. ruiny Sali Hippolytosa, Spalonego Pałacu i Kościoła św. Męczenników. Może pochwalić się dużą ilość świetnie zachowanych i interesujących mozaik.
  • Kościół św. Jana Chrzciciela - Miejsce warte odwiedzenia głównie ze względu na możliwość poznania historii miasta z ostatniego stulecia i wejścia na dzwonnicę, z której roztacza się panorama całej okolicy.
Co zobaczyć w okolicy Madaby?
  • Macheront (Mukawir) - Ruiny fortecy Heroda Wielkiego. Opisane szczegółowo wyżej.
  • Góra Nebo - Miejsce ważne dla wszystkich wyznawców wszystkich trzech głównych religii abrahamowych. Według Biblii jest to miejsce, z którego Mojżesz dostrzegł Ziemię Obiecaną i... zakończył swój żywot.
  • Morze Martwe - Tego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Najniżej położone miejsce świata, najbardziej zasolone morze świata, ale też symbol ocieplenia klimatu (linia brzegowa w szybkim tempie się zmniejsza).
  • Kanion Mujib (Siq Trail) - Kanion rzeki Wadi Mujib wpadającej wprost do Morza Martwego. Tu też zaczyna się trekking (Siq Trail) po dnie kanionu. Jest on dostępny dla zwiedzających od 1 kwietnia do 31 października w godzinach 8:00-18:00 (ostatnie wejście o 15:00), gdyż tylko w tych miesiącach poziom wody pozwala na bezpieczne przejście szlaku. Na trekking musimy przeznaczyć ok 2-3 godziny i 20 JD od osoby. Przed wejściem na szlak otrzymuje się kamizelkę ratunkową, której noszenie jest obowiązkowe. Warto mieć na uwadze, że momentami woda sięga aż do szyi.
Gdzie nocować? 
  • W niewielkim centrum miasta znajduje się sporo hoteli, hosteli, a nawet tzw. domów pielgrzyma w różnych standardach i poziomach cenowych. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na nocleg w Mosaic City Hotel, który może nie był najtańszy, ale oferował wysoką jak na Jordanię jakoś. Za pokój dwuosobowy zapłaciliśmy ok. 250 zł. Hotel znajduje się 3 minuty spacerem od zabytkowej części miasta, posiada własny i grodzony parking, a w cenę wliczone jest dobre śniadanie. Mimo ceny, która jak się później okazało, nie była wcale aż taka wysoka, polecamy!
Jak dojechać do Madaby?

Autobusy do Madaby odjeżdżają z każdego większego dworca w Ammanie, a czas jazdy to ok. 1 godzina. Kursy odbywają się również co godzinę. Sam dworzec w Madabie znajduje się kilka minut piechotą od centrum, przy głównej drodze (LINK do lokalizacji). Połączenia do Madaby realizowane są z następujących miejsc w Ammanie:
  • Tabarbour bus station - koszt biletu na autobus to 1,20 JD.
  • Amman 7th circle (7. rondo) - minibusy podjeżdżają od strony centrum i skręcają na południe w kierunku lotniska. Koszt pojedynczego biletu to 1 JD.
  • Southern bus station - koszt biletu na minibus to 0,50 JD. W przypadku posiadania większego bagażu trzeba się liczyć z koniecznością zakupu dodatkowego biletu.
  • Mahatta bus station - koszt biletu na minibus to 0,65 JD.
  • Muhajireen bus station - koszt biletu na minibus to 0,65 JD.
Gdzie zjeść będąc w Madabie?
  • Petra Cafe - najlepsza tradycyjna kawa po turecku z kardamonem w całej Jordanii.
  • Darna Take Away - mały bar, coś w rodzaju arabskiego fast-foodu, serwujący pyszną shoarmę i kilka innych dań, których nie próbowaliśmy (pizza, kebab, itp.).
  • W centrum znajduje się wiele restauracji, gdzie każda z nich oferuje zapewne podobny poziom. My jedliśmy zupę z soczewicy w Ayola Cafe & Restaurant i była świetna.

Brak komentarzy

NAPISZ COŚ