poniedziałek, 22 lipca 2013

Dzień 6...9 - Camino Inca


Głównym punktem naszego wyjazdu do Peru było oczywiście Machu Picchu. Bardzo chcieliśmy je zobaczyć, jak każdy odwiedzający ten magiczny kraj. Pozostało pytanie jak do niego dotrzeć. Sposobów jest kilka. Tańszych, droższych, mniej i bardziej męczących. Po niedługim namyśle padło na Inca Trail, zwaną także Camino Inca, czyli 43-kilometrowy odcinek górskiego szlaku łączącego najważniejsze miasta Inków. Wśród turystów cieszy się on niebywałą popularnością, nie wszyscy chętni zostają jednak na niego wpuszczeni. Jak to się mówi, kto pierwszy ten lepszy. Dostęp do Inca Trail jest ściśle kontrolowany przez rząd peruwiański. Każdego dnia, z wyłączaniem lutego, na szlak wpuszczanych jest zaledwie 500 osób w tym 200 turystów, reszta to przewodnicy i porterzy, czyli tragarze. 

Można powiedzieć, że jesteśmy szczęściarzami, ponieważ pół roku po podjęciu decyzji, że obieramy taką, a nie inna drogę na Machu Picchu, szykowaliśmy się do trekkingu w zimnym Cuzco.

Nasza przygoda zaczęła się w pewien czerwcowy poranek, a właściwie pewną czerwcową noc. Około godziny 3:00 podjechał po nas minibus. Mocno zaspani rozsiedliśmy się w nim wygodnie. Cała drogę tj. do Ollaytantambo przespaliśmy. W tym małym, urokliwym miasteczku spałaszowaliśmy śniadanie, a następnie zostaliśmy przetransportowani na 82 km linii kolejowej startującej z Cuzco. Tu zaczęła się przygoda. Była nas 8 plus przewodnik i porterzy. Przez kolejne 4 dni byliśmy skazani na siebie. 

Przewodnik pokrótce wytłumaczył nam co i jak. Następnie ustawiliśmy się w kolejce do bramy wejściowej. Pieczątka na bilecie, pieczątka w paszporcie i ruszyliśmy. Pełni energii i entuzjazmu przekroczyliśmy most na Urubambie. Trekking czas zacząć!


Pierwszy dzień to 10 km marszu ( w zależności od tego gdzie jest wyznaczony pierwszy nocleg dystans może być 1-2 km krótszy – miejsca noclegów wyznacza Ministerstwo Kultury na kilka dni przed rozpoczęciem trekkingu). Odległość niby niedługa, ale na pierwszy dzień idealna. Mieliśmy okazję na spokojnie zobaczyć z „czym to się je”. Sprawdzić swoje możliwości, zgrać się jako grupa. Spokojnie podziwiać widoki.


Spodziewaliśmy się, że będzie pięknie, jednak to co zobaczyliśmy przerosło nasze oczekiwania.  Przewodnik co rusz zatrzymuje się i opowiada to o roślinach, to zwierzętach, to o ruinach, które mijamy. Patallacta, to pierwszy kompleks ruin inkaskich, który napotykamy na szlaku. Kiedyś była to osada rolników. Zaopatrywali oni w żywność nie tylko siebie, ale także m.in. mieszkańców Machu Picchu.  Budynki umiejscowione są na wzgórzu, które okalane jest przez tarasy uprawne. Swoją drogą Patallacta, tłumaczymy jako miasto tarasów. To pierwsza lekcja historii. Następne dni przynoszą kolejne opowieści o Inkach.


Późnym popołudniem jesteśmy w pierwszym obozie. Czekają już na nas rozbite namioty i kolacja. Generalnie podczas całego trekkingu nie musimy się martwić ani o jedzenie, ani o spanie. Agencja turystyczna dopracowała wszystko do perfekcji. Wstajemy rano, pod namiotem czeka na nas miska z ciepłą wodą, następnie śniadanie, po południu jest lunch, a wieczorem długie rozmowy ze współtowarzyszami przy pysznym jedzeniu przyrządzonym przez Janet. Nasz przewodnik co rusz polewa nam muña tea. Twierdzi, że herbata pomoże nam przetrwać noce i dnie spędzane na dużych wysokościach. Zdecydowanie pomaga, choć oczywiście nie wiemy jak by było bez niej.

Pomimo braku energii eklektycznej, Wi-Fi, ciepłej wody nie tęsknimy do cywilizacji. Odpoczywamy od zgiełku i gwaru. Pierwszej nocy, mamy możliwość obserwować tak gwieździste niebo, że, aż dech w piersiach nam zatyka. Nie przeszkadza nam znaczny spadek temperatury do ok. 0 st. C, bo po prostu byliśmy na to przygotowani. Siedzimy przed namiotem i gapimy się na niebo.

Następny dzień zaczynamy wcześnie rano. Generalnie trekking łączy się z wczesnym wstawaniem, albo bardzo wczesnym wstawaniem. Jest zimno, cholernie zimno. Z niezadowoleniem wygrzebujemy się z cieplutkich śpiworów. Wiemy, że dziś nie będzie łatwo, bo czekają nas dwie największe wspinaczki na szlaku - łącznie 1300 metrów w górę i 1000 m w dół. Poprzedniego dnia mijaliśmy turystów, którzy ze spuszczonymi głowami zawrócili ze szlaku. Nie dali rady. Mamy mocne postanowienie:

- Damy radę.

Przewodnik radzi oddać część bagażu porterom. Ulegamy jego radom. Niestety nie do końca przemyśleliśmy, to co w plecaku powinno się znaleźć i w ten oto sposób mamy dużo niepotrzebnych kilogramów. Niepotrzebnie zabraliśmy 2 aparaty, przewodnik, a zapomnieliśmy natomiast o tak ważnej rzeczy jak papier toaletowy. Na szczęście pierwszego (i tylko tego) dnia była możliwość naprawienia tego błędu.


Ruszamy z kilkoma kilogramami mniej na placach. Dzień powoli budzi się do życia. My musimy zrobić to nieco szybciej. Zaczynają się schody. W rzeczywistości i przenośni. 10 km schodów. Wspinamy się w górę. Przewodnicy na wszelki wypadek niosą ze sobą butle tlenowe. Cóż tlenu, od  czasu do czasu brakuje. Co rusz robimy postój łapiemy oddech, nawadniamy się i podziwiamy. Słońce grzeje coraz mocniej. Krajobraz jest niesamowity. Wspinamy się na przełącz o wysokości 4215 m n.p.m. tu odpoczynek, pamiątkowe foty.


Po zdobyciu przełączy, czekają nas znowu schody, tym razem w dół. Po dwugodzinnym marszu docieramy do obozowiska Pacaymayu. W tym miejscu większość grup spędza drugą noc, przez co trzeciego dnia mają do zaliczenia poranną wspinaczkę i sporo kilometrów do przejścia. My po lunchu ruszamy dalej. Nagrodą za włożony wysiłek są widoki, które nas otaczają i pierwsze tego dnia inkaskie zabudowania – Runkurakay. Budynek o owalnym kształcie pełnił prawdopodobnie funkcję obserwatorium, a także stanowił tambo, czyli rodzaj zajazdu / gospody. Można śmiało stwierdzić, że te funkcje mniej lub bardziej pełni do dnia dzisiejszego. Obserwujemy okolice, odpoczywamy, wsłuchujemy się w słowa przewodnika.


Wspinamy się jeszcze kilka minut na przełęcz o wysokości 4000 m n.p.m., a następnie schodzimy powolnym krokiem do naszego obozowiska. Zanim tam dotrzemy, czeka nas jeszcze wizyta w ruinach Sayacmarca (Trudno Dostępne Miasto). Z osady rozpościera się podobno rozległy widok na dolinę Aobamby i to był chyba jedyny powód, dla którego wybudowano to miasto. My zwiedzamy ruiny w gęstej mgle, więc nie mamy okazji doświadczyć tego widoku. Ma to też swój niepowtarzalny urok.


Po chwili znowu zmieniamy klimat i rozświetlonym zachodzącym słońcem lasem subtropikalnym, pędzimy na obiadokolację. Wieczorem zbieramy się przy „stole” i zajadając popcorn (!) dzielimy się swoimi wrażeniami. Wszyscy, jak jeden mąż, jesteśmy nieco zmęczeni fizycznie, ale jednocześnie zachwyceni. Pełni wrażeń zasypiamy tego dnia dość szybko. Musimy naładować akumulatory na następny dzień. 


Pobudka, tradycyjnie, wcześnie rano. Dzień jak co dzień. Powtarzamy rytuał z dnia wczorajszego. Przewodnik obiecuje, że dziś będzie łatwo i przyjemnie. Zarzucamy więc na barki nielekkie bagaże i vamos. Zaczynamy od bardzo łagodnego podejścia przez las deszczowy. Pierwszy przystanek tego dnia robimy przy Phuyupatamarka (Miasto Pośród Chmur). Najprawdopodobniej te ruiny były niegdyś miejscem kultu wody, która dla Inków miała niezwykle istotne znaczenie. Jej obecność decydowała o tym czy zapanuje głód czy urodzaj, a więc czy wybuchnie wojna domowa, czy będzie panował pokój. Woda była w tym mieście wszechobecna dzięki chmurom, mgle i kamiennym rynnom, w których płynęła.


Następnie czeka na nas z 1000 schodów w dół. Mają one nawet swoją nazwę - Inca Steps. ;) Po wczorajszej zaprawie, żadne schody nie są dla nas przeszkodą. Ruszamy żwawo. Otaczająca nas rzeczywistość znowu zachwyca. 


Następnie zatrzymujemy się aby podziwiać Intipata, czyli Słoneczny Taras. Jak sama nazwa mówi, wytwarzano tu żywność. Budynki mieszkalne zostały ograniczone do minimum, tarasy otaczają nas z każdej strony. Przemieszczamy się po terenie z rozdziawionymi dziobami, każdy element Intipata wydaje się być przemyślany, żadnego przypadku. Jesteśmy pod wrażeniem. To był jednak dopiero przedsmak tego co czekało na nas pod wieczór.


Trekking zakończyliśmy błądząc po Wiñay Wayna. Ruiny zostały odkryte w 1941 r. przez Paula Fejos’a. Nazwa nawiązuje do dwóch gatunków orchidei, które występują tam do dziś i kwitną praktycznie przez cały rok, stąd Wiñay Wayna, czyli Wiecznie Młody. Zewsząd otaczają nas tarasy uprawne, pozostałości budynków mieszkalnych, kamienne kaskady i baseny. Przewodnik opowiada, a my słuchamy jak zaczarowani. Miasto jest czasem nazywane „małym Machu Picchu”, a to chyba wystarczająca rekomendacja.


Obiadokolację jemy dość wcześnie. To nasze pierwsze pożegnanie z Camino-Inka. Dzielimy się wrażeniami. Żegnamy z porterami. Towarzyszący nam tragarze mają ciężką pracę, dosłownie i w przenośni. Na swoich plecach noszą namioty (z aluminiowymi stelażami !), butle gazowe, garnki, stoły, krzesła, ziemniaki, mięso... Generalnie wszystko aby umilić i ułatwiać nam trekking. Każdy z nich niesie na plecach ok. 25 kg. Pomimo nielekkiego obciążenia na plecach zawsze są szybsi i sprawniejsi niż my. Dziękujemy im za pomoc i idziemy spać. Jutro czeka nas wielki finał, przysłowiowa wisienka na torcie - Macchu Picchu.


Budzimy się ok. 2:00. Mamy niewiele czasu na ogarnięcie sytuacji. Do ręki dostajemy lunch box’y i ruszamy pod bramę prowadzącą do Machu Picchu. Zajmujemy kolejkę i zasypiamy na dobrą godzinę. Nasz przewodnik jest bardzo ambitny. I dobrze. Dzięki temu zwiedzamy dużo i dokładnie. Bramę przekraczamy jako jedni z pierwszych. Jest kompletnie ciemno, ale o to chodzi. Idziemy z latarkami w dłoniach. Nie ma tu możliwości wyprzedzania, dlatego tak ważnym było, aby wcześnie wstać i ustawić się w kolejce. Mamy możliwość iść swoim naprawdę dobrym tempem. Dzień zaczyna powoli budzić się do życia. Pędzimy. Chcemy zobaczyć Machu Picchu w promieniach wschodzącego słońca. Dostajemy to co chcieliśmy, a nie wszyscy zdążyli na to widowisko. Spowite w blasku ruiny wyglądają po prostu obłędnie. Widok nie do opisania.


Około godz. 8:00 byliśmy na Machu. Razem z przewodnikiem, a potem już samodzielnie mogliśmy penetrować każdy zakątek tego miejsca. M-P zdecydowanie zasługuje na miano Cudu Świata. Zdjęcia nie oddadzą klimatu i atmosfery. Imponujące, ogromne, warte zobaczenia bez dwóch zdań. Lamy, zabudowania i zwykłe niezwykłe kamienie, gdzie każdy ma swoją symbolikę, Most Inków... wow, to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Peruwiańczycy mówią, że nie są to ruiny, tylko miasto - mają rację.


Około godz. 14:00 byliśmy już kilkaset metrów niżej - w Aguas Calientes. Do miasta można się dostać na dwa sposoby:
  • Minibusem kursującym raz po raz między centrum Aguas Calientes, a Machu Picchu. O szczegółach napiszemy na koniec.
  • Piechotą, przecinając co chwilę serpentynę, którą jeżdżą busiki. Zejście do miasta zajmuje ok. godziny.
Czterodniowy trekking dał nam trochę w kość więc zdecydowaliśmy się na pierwszy wariant. Dobrze zrobiliśmy, bo podczas zjazdu z Machu Picchu do Aguas Calientes zaczął padać ulewny deszcz. Podobno w okolicach Machu Picchu nawet w porze suchej pada codziennie po południu.

Z Aguas Calientes pojechaliśmy pociągiem do Ollantaytambo, a stamtąd już prywatnym minibusem do Cuzco. Podróż trwała dobre kilka godzin, więc do Cuzco dojechaliśmy wieczorem. W jednej z agencji turystycznych kupiliśmy jeszcze tzw. autobusowy bilet turystyczny do Puno, ale o tej podróży napiszemy już w następnym poście. Dopiero po przyjeździe do hostelu poczuliśmy, jak bardzo zmęczył nas ten czterodniowy trekking. Padliśmy jak kawki.

Trochę na temat kolei w Peru... Jest droga. Hmmm... jest bardzo droga. Nasz krótki przejazd z AC do Ollanta kosztował 60 dolarów - klasą "backpackers". Oczywiście bilet był wliczony w nasz trekking, ale że cena widniała na bilecie mogliśmy przekonać się, że podróżowanie pociągiem w Peru to spory wydatek.

Więcej zdjęć z całego Peru pod tym linkiem.

PRAKTYCZNIE:

Nocleg w Cuzco po 4-dniowym trekkingu:
  • Mama Simona Hostel - Bardzo przyjemny hostel położony w spokojnej i bezpiecznej lokalizacji, ok. 10 minut piechotą od Plaza de Armas. W "naszych czasach" kosztował ok. 85 zł za pokój dwuosobowy.
Jak dotrzeć z Cuzco do Aguas Calientes / Machu Picchu
  • Trekking po Inca Trail (nasz sposób) - W skrócie jest to niesamowita przygoda i solidna lekcja historii o kulturze Inków. Same zalety i na 200% polecamy. Wadą jest natomiast koszt trekkingu - kosztuje on na tą chwilę, w zależności od agencji turystycznej, 600-700 dolarów. Drugą wadą (a może i zaletą) jest ilość turystów wpuszczanych dziennie na szlak - 500 gringos. Z tego wynika inna "wada" - trekking na sezon wysoki trzeba rezerwować z półrocznym wyprzedzeniem. Aktualną dostępność "miejsc" można sprawdzać na tej stronie  (link). 
  • Trekking alternatywny - z racji ograniczonej ilości miejsc na Inca Trail, Peruwiańczycy wymyślili inne trasy, którymi mogą prowadzić turystów do Machu Picchu. Najpopularniejszymi są Salkantay Trek i Lares Trek, myślę że również bardzo ciekawe. O trekkingach można sobie poczytać np. tutaj.
  • Pociągiem z Cuzco lub Ollantaytambo do Aguas Calientes - podobno najdroższe pociągi na świecie, biorąc pod uwagę dystans jaki przejeżdżają. Na trasie działa dwóch operatorów: PeruRail i IncaRail. Warto wiedzieć, że tylko drugi operator jest prawdziwie peruwiański, kupując bilety na PeruRail niestety transferujemy pieniądze poza Peru. "Najtańszy" bilet w dwie strony na trasie Cuzco - Aguas Calientes kosztuje 160 USD, natomiast na trasie z Ollantaytambo do A.C. jest to 100 USD. Bilety trzeba oczywiście kupować z dużym wyprzedzeniem. Do Ollantaytambo można bez problemu dojechać z Cuzco minibusem - taniej i szybciej niż pociągiem.
  • Sposób budżetowy - Minibusem z Cuzco do elektrowni wodnej (hidroelectrica) z przesiadką we wiosce Santa Maria lub Santa Teresa. Z elektrowni wodnej trzeba iść piechotą wzdłuż torów kolejowych do Aguas Calientes - jest to ok. 8-9 km, jak do Morskiego Oka. ;) Całość trwa ok. 6-7 godzin, a kosztuje tylko 40 zł. Podobno biura podróży w Cuzco oferują pakiety na tą trasę.
Jak się dostać z Aguas Calientes na Machu Picchu?
  • Minibusem - Przejazd trwa ok. 20 minut, a pierwszy autobus z miasteczka odjeżdża o 5:30. Podobno są takie kolejki, że warto być na przystanku już o 4 rano. Bilet w jedną stronę kosztuje "tylko" 12 dolarów. 
  • Piechotą - Przecinając co chwilę serpentynę, którą jeżdżą busiki. W górę idzie się ok. 1,5-2 h, w dół już tylko godzinę. Trasa oczywiście zajmuje więcej czasu w porze deszczowej, bo ciężko jest ścinać serpentyny.

Brak komentarzy

NAPISZ COŚ